Chcę na tym blogu opisywać swoje życie z czwórką dzieci. A przede wszystkim, jak się zmieniło, odkąd dołączył do nas wcześniaczek Mateusz
niedziela, 2 czerwca 2024
Babcia Mateusza odeszła
czwartek, 5 stycznia 2023
Ciężki początek nowego roku
Rok zaczął się z przytupem, myślałam, że w ubiegłym roku wyczerpaliśmy limit chorób, ale chyba nie.
W Sylwestra Mati zaczął okropnie furczeć i miał gorączkę.
Jak przechodziła mu gorączka, normalnie bawił się, grał. Gdy tylko gorączka rosła płakał, że go nóżki i głowa boli.
Niestety jak zwykle nie można się było dostać do lekarza.
Więc 2 stycznia Jacek z rana podjechał do przychodni, żeby zapisać młodego, bo telefon do przychodni jak zwykle nie odpowiadał.
Podjechaliśmy, pediatra go zbadała, zapisała 2 leki do inhalacji i powiedziała, że może to być grypa, żebym kupiła i zrobiła testy.
piątek, 26 marca 2021
Nagły koniec ciąży
Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona. Mówi, żebym zaczekała, że zadzwoni do koleżanki i do mnie oddzwoni.
Oddzwania, że koleżanka się zgodziła, przyjedzie i mi zrobi ktg.
Serce bije miarowo, a ruchów dalej nie ma. Dała mi 2 cukierki, żebym zjadła, ale to nic nie zmieniło.
Po 30 minutowym zapisie idziemy do pobliskiego szpitala na konsultację, jest mój "ulubiony" ordynator żartowniś.
Aby przytknął głowicę usg, pokazał mi, że serce bije i mówi : niech Pani nie panikuje, widziała serce bije. Iść do domu i wrócić jak coś się będzie działo.
Wracam do domu i staram się nie myśleć, trochę się uspokajam.
Około 2ej w nocy wstaje do wc i dostaję krwotoku.
Wyć mi się chce, nie czuję dziecka, a w głowie mam tylko pytanie : czy on jeszcze żyje?
Dzwonię do J, żeby przyjechał z pracy, bo musi ze mną pojechać do szpitala.
Pakuję torbę do szpitala, zjawia się mąż i jedziemy.
Pani położna wita mnie słowami : to znowu Pani?!
Woła lekarza, który po badaniu stwierdza, że jest lekkie krwawienie, ale nie krwotok. Myślał, że przyjadę taka jak stoję? Przecież wiadomo, że się ogarnęłam, zanim przyjechałam.
Mówi, żeby podłączyć ktg. Położna przystawia głowicę i słyszę ciszę... Milion myśli w głowie.
Pyta mnie, jak jest dziecko ułożone?
-poprzecznie pośladkowo
Jeździ chwilę po całym brzuchu, w końcu słychać bicie serca. Przynosi mi herbatę szpitalną, że może poczuję ruchy.
Nic nie czuję.
Przechodzę na usg, ginekolog robi jakieś groźne miny i chrząka.
Jak ja tego nie lubię. Wiem, że coś jest nie tak, ale człowieku odezwij się.
Najgorsze momenty, to domyślać się.
Mówi, że mnie zostawi w szpitalu, więc mówię do J, żeby jechał do domu i rano mi przywiózł wyniki grupy krwi, bo z tych nerwów zapomniałam.
Znowu podłączają ktg, słyszę bicie serca maluszka, ale ruchów nadal nie ma.
Wołają mnie na usg, ten gin, który mnie nadal poprosił o konsultację młodszego kolegę.
Ten zaczyna robić usg i mówi od razu : miałeś rację stary.
Tamten wychodzi, a ten jeździ po brzuchu głowicą, mierzy, sprawdza.
Więc proszę go, żeby mi powiedział, co się dzieje? Bo okropnie się stresuję.
Słyszę : rozważamy cc, bo mały ma złe przepływy, w dodatku szacują jego wagę na 1700g, a przecież 2 tygodnie wcześniej jak byłam na usg miał 1785.
Jak to możliwe? Pytam.
Słyszę tylko: prawdopodobnie hipotrofia. Czy Pani dostawała sterydy?
-nie
-wie Pani jak zostawimy maluszka w brzuchu, to w końcu zatrzyma się serduszko, ale jak go wyjmiemy, to nie wiem, czy sobie poradzi? bo jest malutki, no i to chłopiec.
Ok, nie ma na co czekać, proszę przejść do zabiegowego, dają mi tabletkę próbują mi założyć wenflon, ale nie wiem, czy ze stresu, czy co, ale 3 razy się wykluwają i nic.
Przychodzi 2 Pani i próbuje, druga mi zdejmuje biżuterię i mówi, żeby dzwonić do męża po grupę krwi.
Podpieli mi cewnik, przechodzę na salę operacyjną, gdzie podpisuję zgodę na zabieg, szybki wywiad anestezjologiczny i słyszę, że najlepiej będzie, jak mnie uśpią. Zgadzam się na wszystko, aby tylko go uratowali.
Golą mi brzuch, polewają jodyną i przyciskają maseczkę, aż mnie boli nos. Mam chęć zaprotestować, ale zasypiam...
Wydaje mi się, że minęła chwila, kiedy otwieram oczy słyszę tylko od tego gina, co mnie przyjmował, jak mówi do drugiego " taki zdechlok". Kiedy widzi, że się obudziłam milknie, a mnie łzy lecą jak groch.
Boże, czy moje dziecko żyje? Co ja najlepszego zrobiłam? Gdzie On jest? Jestem beznadziejna, to wszystko moja wina.
Wywożą mnie na korytarz, gdzie Jacek mnie przytula uśmiechnięty. Z czego On się cieszy? Nasze dziecko walczy o życie, a On się uśmiecha...
Głaszcze mnie po głowie całuje i dziękuję za ślicznego synka.
Mówi, że synek jest malutki, ale prześliczny i od razu płakał, zabrali go w inkubatorze.
Do mnie nie dociera, nadal płaczę, przewożą mnie na pooperacyjną, Jacek mnie całuje i mówi, że przyjedzie koło poludnia, to może coś będzie coś wiadomo.
Ryczę sama w sali, aż zasypiam...
czwartek, 18 marca 2021
33 tydzień ciąży
18.09.2018
Badanie prenatalne 3 trymestru, zaczynam autentycznie cieszyć się tą ciążą, choć jest tak skrajnie różna od poprzednich.
Wyniki mam lepsze niż ostatnio, z jednej strony się cieszę, z drugiej nie mogę się nadziwić, że nie mam anemii, która towarzyszyła mi w każdej ciąży.
Gin długi ogląda maluszka z każdej strony, chłopaczek rośnie, choć jest 2 tygodnie mniejszy niż tygodnie ciąży .
Jednak gin mówi, że mieści się w normie, ochoczo się przeciąga i wierci i możemy nawet zobaczyć jego stopę.
Mam wrażenie, że sam chce nam się pokazać i robi różne pozy. Waży już 1785g i ma około 40cm,a jego stopa ma aż 6cm i Pan doktor żartobliwie mówi, że będzie wielka stopa 😄
Mam zalecenie odstawić luteinę, w ten sam sposób, co progesteron.
Umawiamy się na następną wizytę 9 października, gin mówi, że właśnie kończy specjalizację, dlatego nie może wyznaczyć wcześniej wizyty, ale jakby się coś działo, to mam dzwonić o każdej porze.
Niestety wysypka jest coraz gorsza, mam mnóstwo świeżych ran i strupów, dostaje skierowanie do dermatologa na cito.
Dostaję się w ciągu tygodnia, ale dermatolog sugeruje, że to na może być na tle psychosomatycznym i daje mi skierowanie do psychologa. Poza tym mówi, że na tym etapie choroby, to przepisze mi sterydy, oczywiście mam smarować najmniejszą możliwą ilość, dostaje dodatkowo 3 inne maści i do kontroli za miesiąc.
Martwię się, czy leki nie zaszkodzą dziecku, ale z drugiej strony chyba lekarz wie, co jest bezpieczne.
Zaczynam zamawiać ciuszki dla maluszka, jest tego tyle, że zajmuje mi to kilka dni.
Wybieram ciuszki na 62, bo starsze dzieci od razu wchodziły w ten rozmiar, a na 56 zamawiam dosłownie 2 komplety.
Oczywiście domawiam pieluchy tetrowe, nie wyobrażam sobie, żebym miała dziecko na pampersach non stop. Jeszcze pieluszki flanelowe, rożek, czapeczki i inne.
Kiedy przychodzą rozpływam się, głaszcze te ubranka, przykładam do brzucha.
Zastanawiam się, jak maluszek będzie w nich wyglądał?
J kupuje łóżeczko z komodą i przewijakiem i 2 szafeczkami.
Włącza mi się syndrom gniazda, wszystko sprzątam, myję, ustawiam, piorę, prasuję, układam ciuszki.
Wtedy jeszcze nie wiem, że organizm daje mi znak i już za chwilę nie będzie mi do śmiechu.
2 października do wizyty u gina został tydzień, a ja jakaś taka osłabiona jestem i w dodatku słabo czuję ruchy młodego.
Wieczorem zaczynam się stresować, młody w sumie 5 ruchów w ciągu całego dnia wykonał, włączam ulubioną muzykę i nic.
W końcu biorę taksówkę i jadę na SOR.
Przechodzę na ginekologię, mówię drugi raz, co mi się dzieje.
Polożna podłącza ktg i nic, jeździ po brzuchu, ok jest.
Znajduje bicie serca, a ja oddycham z ulgą.
Przychodzi lekarz, pyta mnie, co i jak?
Zapis jest miarowy, podczas ktg młody zaczyna się wyginać, więc po pół godzinnym zapisie wysyłają mnie do domu, mówiąc, że pewnie dziecko już duże i nie ma gdzie szaleć.
W domu młody trochę kopie, a ja się uspokajam.
Mijają 3 dni i znów młodego nie czuję, tym razem jedzie ze mną syn, żeby mi było raźniej.
Znów ktg, słychać bicie serca, więc odsyłają mnie do domu, choć mówią, że jakbym została, to może za kilka dni zrobili by mi usg.
Za kilka dni to ja mam wizytę u mojego lekarza.
8 października robię badania kontrolne w diagnostyce i tak mówię, że od 18ej nie czułam ruchów dziecka.
Pani pobierająca krew, która pracuje w szpitalu jako położna, mówi, żebym podjechała do przychodni na ktg, bo to już za długo.
U mnie w przychodni tego dnia nie ma położnej, ani jakiegokolwiek ginekologa.
Jadę tam, gdzie mój gin przyjmuje prywatnie, ale Pani w rejestracji mówi, że jeżeli nie ma żadnego lekarza, nie może podłączyć ktg.
Dzwonię do gina, podpowiada mi, żeby podejść do przychodni przyszpitalnej, gdzie powinni mi zrobić ktg.
Położne niestety już wyszły na rejony, dostaję numer telefonu, ale czuję niepokój, więc dzwonię.
Po całym wywiadzie, podaniu mnóstwa danych Pani oznajmia, że dziś nie da rady i możemy się umówić na jutro na 9ta.
Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona...
sobota, 27 lutego 2021
Połowa ciąży
środa, 17 lutego 2021
1 badanie prenatalne
sobota, 13 lutego 2021
Pierwsze tygodnie
14 marca 2018 czekam przed gabinetem, bo jest opóźnienie. Czuję się trochę dziwnie, bo J nie mógł ze mną być pojechał do pracy, a do lekarza przywiózł mnie syn. Wreszcie nadchodzi moja kolej, gin od razu zaprasza na badanie usg.
Kładę się i boję tego, co usłyszę. Rozpoczyna się badanie, a ja zaciskam ręce na leżance i zamykam oczy. Doktor M mówi, że jest pęcherzyk ciążowy (a ja tylko modlę się, oby nie powiedział, że jest puste jajo).
Gin próbuje mnie uspokoić, że to wczesna ciąża i jest jajo płodowe i widać ciałko żółte i zarys zarodka.
Chce , żebym sama zobaczyła, ale ja nie chcę.
Mówię, że zobaczę dopiero, kiedy będzie dobrze widać dzidziusia.
Zleca mi całą masę badań, proponuję, żebym przyszła z wynikami za 2 tygodnie, mam się oszczędzać, dostaje luteinę.
Jedziemy prosto do apteki, syn idzie ze mną, kupuję też sobie syrop na gardło dla kobiet w ciąży.
Więc pod domem mówię synkowi, że jestem w ciąży.
Na początku zastanawiałam się, czy powiedzieć dzieciom o ciąży , po tym, co ostatnio przeszliśmy wszyscy?
ale po powrocie do domu powiedziałam też dziewczynom.
19 marca od rana źle się czuję, brzuch mnie okropnie boli i obawiam się o maluszka.
W pracy jestem z nową Panią kierownik, staram się oszczędzać, ale jest tyle pracy, że moment mija czas do 12ej,kiedy idę na przerwę.
W łazience zauważam, że zaczęłam plamić , aż mi się słabo robi i myślę sobie : znów się zaczyna...
Dzwonię do gina, który mówi, że jeżeli by się pogorszyło to natychmiast mam jechać na szpital.
A teraz mam się zwolnić z pracy, jechać do domu i leżeć, mówi, żebym zaczęła brać magnez i nospe i zapisuje mnie na najbliższą wizytę za 2 dni.
Idę do Pani kierownik nie pewna, jak zareaguje, ale życie tego maluszka jest ważniejsze.
Mówię szczerze, że jestem w początkach ciąży, poprzednią poroniłam, a teraz zaczęłam plamić i konsultowałam się z ginekologiem i kazał mi leżeć w domu do wizyty.
Pani Kierownik tylko zapytała, czy ktoś po mnie przyjedzie? Bo jak nie, to jak tylko przyjdzie druga Pani do pracy, to Ona mnie zawiezie do domu, bo nie chce mnie mieć na sumieniu.
Zadzwoniłam do J i przyjechał po mnie...
Te 2 dni do wizyty u gina dłużyły mi się okropnie, a każde wyjście do wc to ogromny stres.
W końcu pojechaliśmy do gina, sprawdził, że ciąża jest i się rozwija, zerknęłam jednym okiem na dosłownie milimetrowy punkcik, moje dziecko. Dowiedziałam się też, że jest krwiak (pewnie stąd to plamienie), przepisał mi dodatkowo duphaston i dostałam zwolnienie i bezwzględny nakaz ciągłego leżenia, jedynie mogę pójść do wc i łazienki, a tak to muszę leżeć.
Musimy wszystko przeorganizować w domu, bo do tej pory ja prałam, sprzątałam, gotowałam, robiłam zakupy, a teraz muszę się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Mogę co najwyżej dawać wskazówki, czy robić listę zakupów.
28 marca kolejna wizyta, na którą przyniosłam wyniki.
Ogólnie ok, ale gin się za głowę łapie przy wyniku tsh 3,67!
Słyszę zdanie, które później dźwięczy mi w uszach przez cały czas oczekiwania " to cud, że przy takim tsh zaszła Pani w ciążę".
Dostaję euthyrox 50tke i mam przyjść na kolejną wizytę za tydzień.
Czas mi mija głównie na spaniu, czytaniu książki i rozmowach z dziećmi.
4 kwietnia
Kolejna wizyta, tym razem zanim zdążę cokolwiek powiedzieć słyszę mocne i rytmiczne bicie serca.
Patrzę na ekran, a tam maluszek sobie fika i serduszko mu pięknie pika.
Za chwilę gin mnie pyta, czy wszystko ok?
Zdziwiona zauważam, że łzy mi lecą, mówię, że wszystko w porządku, tylko to takie wspaniałe uczucie zobaczyć swoje maleństwo.
Doktor zakłada mi kartę ciąży, waży, mierzy ciśnienie, bada piersi (po raz 3 w życiu mam badane przez lekarza i 1 raz w ciąży).
Dostaje kolejne zlecenia i kontrola za 2 tygodnie.
Najtrudniej jest leżeć i czekać na kolejną wizytę.
Nie byłam zawodowym sportowcem, ale lubiłam długie spacery, jazdę na rowerze, zumbowanie, basen, a tu muszę leżeć. Choć wiem, że to dla dobra dziecka, to muszę znaleźć sobie zajęcie, żeby tyle nie myśleć.
sobota, 30 stycznia 2021
Pierwszy Dzień Dziecka utraconego
Wrzesień 2017
Wracam do dr M, który wreszcie może pobrać cytologię.
Rozmawiamy o kolejnej ciąży, mówi, że podejmie się prowadzenia, ale najpierw muszę być całkowicie zdrowa i przydałoby się poznać przyczynę krwotoków.
Po 2 tygodniach mam telefon, żeby jak najszybciej przyjechać.
Mam wynik niejednoznaczny, gin robi cytologię płynną, która podobno jest dokładniejszą metodą.
Mimo tego, że mam cierpliwie na spokojnie czekać na wynik lęk i stres biorą górę.
W ostatni weekend mamy Warsztaty Gospel, tym razem spotkania jak i koncert finałowy odbywają się w kościele.
3 dni odpoczynku od pracy, myślenia ciągle o wynikach, a przy tym spędzonych z całą moją trójką wspaniałych dzieci.
Uczymy się pieśni religijnych po polsku i angielsku, modlimy się, wygłupiamy i na koniec Warsztatów, 3 dnia koncert po Mszy Świętej.
Październik
Hematolog mówi, że jest lekka poprawa, ale nadal leki muszę brać. Zmienia mi żelazo na takie w słoiczkach i czuję się jak Bella w ostatniej części Zmierzchu pijąca krew.
15 października Dzień Dziecka Utraconego
Znalazłam w necie informację, że tego dnia w pobliskim Lublinie organizowana jest Msza dla rodzin dzieci utraconych.
Jedziemy, Kościół jest pełen ludzi, na początku Państwo, którzy organizują spotkania dla takich rodzin mówią , żeby wpisać imię Dziecka Utraconego i datę, kiedy narodziło się dla nieba.
Ksiądz jest bardzo empatyczny, nam wszystkim bardzo było potrzebne takie duchowe doznanie.
Po Mszy można kupić książki o tematyce straty, jest też organizowane spotkanie z innymi rodzicami, ale nie jesteśmy na to gotowi.
To takie nasze pożegnanie. Podczas kolejnej Mszy zbiorowej Ksiądz czyta : Michał syn Mai i Jacka...
Przynajmniej w ten sposób mogliśmy Go pożegnać.
Bardzo nam było ciężko, że nie mogliśmy Go pochować, zapalić mu lampki.
Uczcić, że był choć tylko 49 dni. Można powiedzieć, że tylko 7 tygodni, a zdążyliśmy Go pokochać, snuć marzenia o wspólnej przyszłości i za nim zatęsknić.
Sporo pisałam na forum o poronieniach.
Napisałam wiersz dla maluszka :
Nosiłam Cię 49 dni
Każdy z nich był wyjątkowy
Mówiłam Ci co dzień, jak piękny świat jest
O tym, że liczy się każdy drobny gest
O ludziach, których spotykam
O tym, jak gra muzyka
Jak bardzo wszyscy Cię kochają
Jak mocno na Ciebie czekają
Tak bardzo bym chciała zobaczyć Cię
Pocałować w nosek mówiąc :kocham Cię
Zastanawiam się, jaki byś był
Gdybyś z nami tutaj pozostał i żył
Snułam z Tobą marzenia
Zostały tylko wspomnienia
Po tej Mszy zaczęło nam się żyć troszkę lżej.
A dlaczego właśnie w styczniu zaczęłam o Nim pisać?
Dlatego, że właśnie na 30 stycznia 2018 miałam termin.
niedziela, 24 stycznia 2021
Życie po stracie
26. 06.2017 wracam do pracy, choć osłabiona i wypalona pojawiam się w pracy.
Kiedy podchodzę do współpracowników milkną rozmowy i nastaje krępująca cisza.
Czuję się jak przysłowiowe zgniłe jajo, jak robot przyjmuje towar, odbieram telefony, doradzam i niby wszystko ok.
I tylko łzy, które mi płyną, kiedy pojawiają się z świeżo urodzonymi dziećmi zdradzają mój stan.
Wtedy Kierowniczka mnie wygania na zaplecze, żebym się ogarnęła.
Z J nie rozmawiamy, ja bardzo bym chciała wyrzucić to wszystko z siebie, a On nie chce rozpamiętywać.
Mówi, że skoro lekarka powiedziała, że to puste jajo, nie było dziecka, to nad czym ja rozpaczam.
W domu snuję się jak cień, niby jestem obecna, dzieci coś do mnie mówią, ale niewiele dociera.
Idę do kontroli do tego niemiłego gina, bo zapisałam się pół roku wcześniej na wizytę nfz.
Mówi mi, że on mnie ostrzegał, że nie donoszę tej ciąży i każda następna skończy się tak samo.
Pytam, czy mimo wszystko jakby mi się udało zgodzi się prowadzić ciążę.
Odpowiedź brzmi :nie.
Szukam innego lekarza, na nfz zapisali mnie w mojej przychodni do jakiejś Pani, nawet szybko.
Wchodzę i szok, to ta Baba która wykonywała zabieg.
Wracają do mnie wspomnienia, chcę wyjść, duszno mi.
Osuwam się na krzesło i ciężko oddycham.
Baba się przejmuje i mierzy mi ciśnienie, daje mi wody.
Mówię jej, czy są jakieś przeciwskazania, żebyśmy się starali znów.
Mówi, że musimy odczekać 3 mce, bo inaczej znowu poronię.
Wychodzę załamana.
Mija 4 tygodnie od zabiegu, jadę do szpitala po wynik histo.
Jakieś teksty po łacinie, z których niewiele rozumiem.
Pojawia się ten młody lekarz, dr M i zaczyna mi tłumaczyć, że jednak było dzieciątko, tylko się przestało rozwijać i zostało wchłonięte. W badaniu wyszły szczątki płodu. W 98% przypadków puste jajo oznacza ciążę bezzarodkową, ale w moim przypadku zarodek był...
J jest w szoku i dopiero teraz do niego w pełni dociera, że straciliśmy dziecko.
Zaczyna pytać : dlaczego? Co było przyczyną? Czy można było temu zapobiec?
Czy to dlatego, że jesteśmy przed 40 tką?
Nie znam odpowiedzi na te pytania, przytłacza mnie to...
Próbujemy normalnie żyć, choć są chwile , kiedy całą naszą rodzinę przytłacza ta sytuacja.
W lipcu jedziemy do Częstochowy, to bardzo potrzebny nam czas.
Matka Boża przytula mnie do serca, ona wie, co ja czuję, rozumie.
Za kolejny tydzień jedziemy do Krakowa.
Po raz pierwszy w życiu spacerujemy po urokliwych uliczkach, zwiedzamy Wawel i jedziemy do Łagiewnik.
Zarówno na Jasnej Górze, jak i w Łagiewnikach czuję się jak w domu i odzyskuję choć na chwilę spokój i równowagę.
To był potrzebny nam czas spędzony całą rodzinką.
Środek lipca, dostaję krwotoku, męczę się 2 dni, w końcu udaje mi się znaleźć namiar na tego młodego lekarza.
Jadę prywatnie, dr M zaprasza mnie na usg, czuję się skrępowana, ale szybko mnie uspokaja, że to Jego praca, a On musi sprawdzić, czy coś się dzieje, czy coś nie zostało itd.
Niby wszystko ok, ale sam widzi, że nie jest dobrze.
Daje mi 2 leki na zatamowanie krwawienia i mówi, że jeżeli mi nie przejdzie w ciągu 1-2 dni mam jechać do szpitala.
Na szczęście leki zaczynają działać.
Robię też badania, które mi zlecił i zapisuję się na kolejną wizytę.
Nie podobają mu się moje wyniki, daje mi skierowanie do Hematologa w Centrum Onkologii Ziemii Lubelskiej.
Czekam na termin w sierpniu i znowu dostaje krwotoku, tym razem od razu biorę leki od gina i szybciej wracam do normy.
Niestety moje wyniki nie są brane pod uwagę Profesor zleca mi badania, abym u nich zrobiła.
Czekamy na wyniki,na korytarzu widzę ludzi po chemii, cierpiących, wychudzonych, bez włosów.
Po 2 godzinach mnie wołają, Profesor zleca mi mnóstwo leków, kontrola za miesiąc. Jeżeli nie będzie poprawy mam się nastawić na transfuzję krwi.
Pyta mnie, czy w rodzinie były przypadki białaczki?
Zanim się zastanowię, odpowiadam, że dziadek zmarł na białaczkę.
Nie stawia diagnozy, a pomimo to całą powrotną drogę analizuję i zaczynam się stresować...
piątek, 22 stycznia 2021
Strata dziecka
Wołają ordynatora, bo on musi te tabletki założyć.
Boli jak nie wiem, a On komentuje: ale to śmieszne?
-Co jest takie śmieszne pytam?
-ma Pani tyłozgięcie, jak trzeba będzie robić zabieg to będzie śmiesznie.
Myślę sobie...
No mnie do śmiechu nie jest, chcę Wyć...
Wracam do łóżka i zwijam się z bólu.
Wytrzymuję 3 godziny i idę do punktu, żeby mi dały coś p/bólowego.
Znów wołają tego lekarza, który rzuca tylko nazwę i mówi : wytnie ją z butów i pójdzie spać.
Pielęgniarka mówi, żebym poszła do łazienki, bo po tym leku będę miała zawroty głowy i nie dam rady wstać.
Daje mi zastrzyk i za chwilę mi świat wiruje.
Coraz bardziej i bardziej, zaczyna mi się robić niedobrze, zastanawiam się, czy dam radę wstać po nerkę...
Budzę się rano, sobota 17 czerwca
Z rana wołają mnie na usg, jakiś młody człowiek robi usg i mówi : szkoda, że wcześniej nie dostała Pani leków, może by się udało.
Łzy płyną mi same...
Pani Maju jest puste jajo płodowe, czasem jest to błąd genetyczny i we wczesnym etapie dochodzi do poronienia.
Niestety nie oczyściła się Pani macica, musimy zrobić zabieg, aby zapobiec zakażeniu organizmu.
Czy Pani się zgadza?
Chyba nie mam wyjścia.
Mówią mi, żebym nic nie jadła i nie piła.
Biję się z myślami, czy robię dobrze? , mam wyrzuty sumienia, że coś zrobiłam nie tak.
Nagle w drzwiach sali staje Ksiądz i pyta, czy ktoś chce przyjąć Eucharystię.
Ja chcę, jak się okazuje później Ksiądz nie chodzi tego dnia do pacjentów, ale do mnie przyszedł...
Dają mi "głupiego Jasia" i proszą bym się przebrała w ich szpitalną koszulę.
Wiozą mnie pod salę, ta wredna baba, co mnie przyjmowała ma robić zabieg.
Kłócimy się, żeby wydała mi dziecko.
Ona, że to nie dziecko tylko zlepek komórek i musi wysłać na badania histo.
W końcu odpuszczam, usypiają mnie.
Za chwilę budzą mnie, karzą przejść na drugie łóżko.
Wiozą na salę, przychodzi J, nie umiem spojrzeć mu w oczy.
Zawiodłam jako kobieta, matka, żona, jestem do d...
Płaczę, a on głaszcze mnie po głowie.
Wtedy wchodzi Pani i podłącza ktg 2 Paniom w ciąży.
Ryczę, aż nie mogę złapać tchu.
Ze zmęczenia zasypiam....
budzę się i nie dociera do mnie,co się stało? Czuję pustkę.
Panie chcą ze mną rozmawiać, ale ja nie chce.
Kierowniczka napisała z 5 smsów, bo napisałam jej tylko, że jestem w szpitalu.
Piszę jej, że poroniłam i za chwilę dostaje odpowiedź : mam nadzieję, że wróci Pani niedługo do pracy.
Nie mam siły, wyłączam telefon i idę spać.
W nocy przywożą kobietę, jak się okazuje 2 tygodnie po porodzie ma krwawienie.
Dali jej leki i musi leżeć, w pewnym momencie słyszę jak odciąga mleko, laktator pracuje równomiernie.
Idę do łazienki, wraca ból brzucha, więc idę po jakiegoś procha, żeby zasnąć.
6 rano kobieta znów odciąga mleko, budzi nas wszystkie i przeprasza.
Wstaję, nie mogę sobie znaleźć miejsca.
Chcę stąd wyjść, mam dość.
Kiedy wracam na salę Pani od laktatora prosi mnie, abym jej pomogła.
Robię to jak na autopilocie.
Przychodzi lekarz dyżurny, bo to niedziela i pyta, co i jak?
Zleca Paniom ktg, wtedy nie wytrzymuję i dosłownie krzyczę, że chcę stąd wyjść!
Lekarz się zgadza, dzwonię po J, pakuję się i czekam.
J bierze torbę, nie mówi nic, przytula mnie i wychodzimy.
W drzwiach spotykamy tego młodego lekarza, co mi robił usg przed zabiegiem.
Pyta : jak się Pani czuję?
Zdziwiona odpowiadam, że boli brzuch.
Na co on: ale psychicznie jak się Pani czuje?
Współczuję, bo napewno jest Pani ciężko.
Proszę nie tracić nadziei i odpoczywać.
Wtedy postanawiam poszukać, gdzie ten lekarz przyjmuje?
Wsiadamy do auta i jedziemy w ciszy, słońce świeci.
Zastanawiam się, jak to jest, że słońce nadal świeci, a mi właśnie wyrwano fragment serca?
Jak mam dalej żyć? Czy kiedyś przestanę czuć ten ból?
czwartek, 21 stycznia 2021
Trudne chwile
12.06.2017
wtorek, 19 stycznia 2021
Starania i wizyta u ginekologa
poniedziałek, 18 stycznia 2021
Nasze starania
Postanowiłam w ramach terapii napisać naszą historię.
Wyrzucę z siebie część emocji, a może i komuś też to pomoże?
Kwiecień 2016
Rozmawiamy i rozmawiamy i jak pisał Boy Żeleński : z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz.
Dzieci rosną, są coraz starsze, a i my zbliżamy się do 40tki.
Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę, ale od pewnego czasu staliśmy się wygodni.
Mnie się włączył instynkt macierzyński po raz kolejny, a J twierdzi, że chyba jesteśmy za starzy.
Poza tym jemu się nie chce wstawać, przebierać itd. Choć uwielbia małe bobasy...
Podchodzimy na luzie, nie ma co się spinać, ale może lepiej pójdę do ginekologa i zobaczymy, co powie?
Po wizycie
Ech...
Co mam napisać?
Zrobił mi cytologię, dał skierowane na usg piersi, a na moje pytanie o to, czy są jakieś ginekologiczne p/wskazania abym zaszła w ciążę usłyszałam, że jestem za stara i prawdopodobnie już się nie uda.
Ilość komórek jajowych się zmniejsza i mogą być uszkodzone, a i mąż nie najmlodszy jest...
Zdołowałam się trochę.
Chodzę do tego lekarza 10 lat, ale przykro mi, że tak mi na gadał.
Maj 2016
Wyniki są ok, a ciąży nie ma...
Może faktycznie ginekolog ma rację?!
Czerwiec 2016
Bez zmian, zastanawiam się czy nie zrobić jakiś innych badań?
Lipiec 2016
nadal nic, dobrze, że są wakacje, to zajmę czymś głowę.
Wrzesień 2016
Zrobiłam wszystkie możliwe badania krwi i wszystko w normie, a ciąży jak nie było tak nie ma.
Idę na 27km pielgrzymkę, tak tak, jak trwoga to do Boga. W końcu to specjalista od rzeczy niemożliwych...
To niesamowite przeżycie, mnóstwo modlitwy, śpiewu i pozytywne zmęczenie.
Święta 2016
Spełnienia marzeń słyszę.
Mam takie jedno marzenie, ale nie mówię tego głośno, żeby się spełniło.
Szczerze, to myślałam, że tak jak przy tamtych dzieciach, tylko pomyślimy o powiększeniu rodziny, a ja zajdę w ciążę, a minęło tyle miesięcy i nic.
Styczeń, luty, marzec mijają, a ja tracę już nadzieję i nie wiem, czy jest sens się starać.
Słyszę o modlitwie nie do odparcia - Nowennie Pompejańskiej i zaczynam odmawiać...
czwartek, 7 stycznia 2021
Dziwny początek roku
Nie wiem, co się dzieje?
Czy to jakieś przesilenie jesienne, zimowe? Czy pogoda tak na nas wpływa, ale Mati nie może zasnąć wcześniej jak po północy, czasem to jest nawet po 1ej.
Wiem, może ktoś pomyśleć przestaw mu godziny, obudź wcześniej, albo przetrzymaj w dzień, żeby nie miał drzemki, a koło 21ej wycisz go, poczytaj książeczkę i niech sobie uśnie.
Uwierzcie mi, to moje 4 dziecko, ale jest indywidualistą i nie uśpię go na siłę.
Prędzej się zmęczę niż on zaśnie.
Muszę po prostu poczekać, albo bawić się z nim dotąd, aż będzie na tyle zmęczony, że zaśnie.
W związku z tym, że on idzie późno spać, ja chodzę spać jeszcze później i przez pół dnia snuję się jak zombie.
Ani za mną ani przede mną, plany piękne mam, a dopiero 1 list napisałam, książki nawet pół nie przeczytałam, raz udało mi się pozumbować, a tak dni mi przelatują przez palce.
Wyjdę na spacer, coś ugotuje i już wieczór.
Muszę się zmobilizować, tylko nie wiem jak?
Może Wy macie jakieś patenty, bo czas mija i nic się nie zmienia.
A miałam się rozwijać, a nie tkwić w miejscu.
Też macie jakąś taką niemoc i brak motywacji?
czwartek, 29 października 2020
Szczególny 29 października
Przez ten pierwszy rok tyle się wydarzyło, Mati tak bardzo się zmienił, urósł, choć nie przestałam się o niego martwić.
Chciałabym aby Mati był szczęśliwy, żeby mógł chodzić na swoje ulubione zajęcia umuzykalniające, na basen, bawić się z dziećmi.
środa, 3 czerwca 2020
Kontrola u kardiologa
Niestety na 2 dni przed wizytą odwołali nam i tak była ta cała kwarantanna.
Teraz powoli zaczyna część przychodni wracać do normalnej pracy i wyznaczyli nam wizytę na 3 czerwca.
Trochę się martwiłam, czy Mati da się zbadać, bo jak on widzi te wszystkie fartuchy, przyłbice i inne to wkurza się i próbuje uciec.
Poza tym przerażało mnie to ekg, bo wcześniej miał robione w szpitalu dziecięcym na leżąco i nie mógł się ruszać.
A teraz jak on jest taki rozbrykany, że najchętniej by od rana do wieczora biegał, to nie wiedziałam, czy się uda.
Podjechaliśmy do Elkardii w Lublinie i na początku wypełnienie ankiety i założenie karty.
Następnie chwilkę czekaliśmy na naszą kolej, dosłownie może 5 minut.
Pani zmierzyła nam temperaturę i powiedziała, żeby odsłonić troszkę nóżki, klatkę piersiową i wziąć Matiego na kolana.
Po przyklejała mu takie jak elektrody przy monitoringu.
Podpięła pod to kable, zaczęła mu tłumaczyć, co na monitorze widać, bo próbował zdjąć te naklejki i jak się uspokoił włączyła zapis.
Na koniec dała mi piłeczkę w nagrodę i przeszliśmy pod gabinet, gdzie Pani doktor osłuchała Matiego i zrobiła echo serca.
czwartek, 21 maja 2020
Szczepienie w dobie pandemii
Teraz kiedy powoli wracają wizyty u lekarzy, wróciły szczepienia i dostałam telefon z przychodni, żebym na daną godzinę stawiła się w przychodni.
Poproszono, abym 10 minut wcześniej zadzwoniła i odbyła wstępną rozmowę z pediatrą.
Mój dzielny wędrownik w drodze do przychodni
poniedziałek, 20 kwietnia 2020
Wreszcie możemy pójść do parku
Nawet typowi domatorzy mają dość i chcą w końcu wyjść.
Dlatego gdy tylko ogłosili, że z zachowaniem odpowiedniej odległości i środków ostrożności możemy wyjść postanowiłam pójść do parku.
Byliśmy chwilę u pawi, ale mają teraz okres godowy i okropnie głośno się nawołują.
Mateo jak usłyszał, to się popłakał i musieliśmy wyjść.
Mimo wszystko to bardzo udany spacer.
Tym bardziej doceniam po tylu tygodniach siedzenia w domu.
sobota, 18 kwietnia 2020
Jak wyglądał wcześniak Mati
Zaczęłam sobie przypominać, jak wyglądał nasz wcześniak.
Przede wszystkim na ten widok człowiek nie jest przygotowany, żeby przeczytał nie wiem jakie mądre książki.
Mnie przygotowywał lekarz opiekujący się maluszkiem Doktor Sławomir, opowiadał, że młody ma podłączone 2 kroplówki : jedną z antybiotykiem, a drugą od żywieniową, że jest podłączony pod kardiomonitor, ale niewiele mi to mówiło.
Wydawało mi się, że wcześniak, to po prostu mniejszy człowiek.
Z jednej strony nie mogłam się doczekać, kiedy go zobaczę, z drugiej bardzo się tego bałam.
Kiedy stanęłam przed inkubatorem pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to bardzo chude nóżki i rączki.
Skóra mocno czerwona, pełna meszku i taka jakby przejrzysta.
Widać przez nią było żyłki, żebra.
A jak oddychał robił mu się dołeczek pod żebrami.
Tutaj jego pierwsze zdjęcie zrobione przez Jacka (ja go zobaczyłam dopiero na drugi dzień) i wtedy profilaktycznie dostał tlen,
na szczęście po 4 godzinach nie był potrzebny, bo Mateo samodzielnie ładnie oddychał i miał dobrą saturacje.
Miał tak delikatną skórę, że jak ruszał nóżkami, to pomimo, że leżał na bawełnianych i flanelowych pieluszkach, macerowały mu się stópki i musiał mieć natłuszczane i nawilżane.
Dzień otwarty w szkole podstawowej
Wczoraj byliśmy na dniu otwartym w szkole podstawowej,w której Mati chciałby się uczyć. Przywitała nas wesoła kadra i słynna sówka, Mati do...
-
Przez te 9 miesięcy, czy też 40 tygodni przygotowujemy się do powitania naszego dzieciaczka. Ja miałam na to trochę mniej czasu, kiedy trze...
-
Na ostatnim usg 18 września mój gin powiedział, że idzie na urlop i raczej go nie będzie w szpitalu, ale mogę dzwonić o każdej porze, jeżeli...
-
W wiadomościach prywatnych często pytacie mnie, jak mi się udało karmić mojego wcześniaka pomimo nagłego cesarskiego cięcia? Odpisuje w mia...





















































