Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona. Mówi, żebym zaczekała, że zadzwoni do koleżanki i do mnie oddzwoni.
Oddzwania, że koleżanka się zgodziła, przyjedzie i mi zrobi ktg.
Serce bije miarowo, a ruchów dalej nie ma. Dała mi 2 cukierki, żebym zjadła, ale to nic nie zmieniło.
Po 30 minutowym zapisie idziemy do pobliskiego szpitala na konsultację, jest mój "ulubiony" ordynator żartowniś.
Aby przytknął głowicę usg, pokazał mi, że serce bije i mówi : niech Pani nie panikuje, widziała serce bije. Iść do domu i wrócić jak coś się będzie działo.
Wracam do domu i staram się nie myśleć, trochę się uspokajam.
Około 2ej w nocy wstaje do wc i dostaję krwotoku.
Wyć mi się chce, nie czuję dziecka, a w głowie mam tylko pytanie : czy on jeszcze żyje?
Dzwonię do J, żeby przyjechał z pracy, bo musi ze mną pojechać do szpitala.
Pakuję torbę do szpitala, zjawia się mąż i jedziemy.
Pani położna wita mnie słowami : to znowu Pani?!
Woła lekarza, który po badaniu stwierdza, że jest lekkie krwawienie, ale nie krwotok. Myślał, że przyjadę taka jak stoję? Przecież wiadomo, że się ogarnęłam, zanim przyjechałam.
Mówi, żeby podłączyć ktg. Położna przystawia głowicę i słyszę ciszę... Milion myśli w głowie.
Pyta mnie, jak jest dziecko ułożone?
-poprzecznie pośladkowo
Jeździ chwilę po całym brzuchu, w końcu słychać bicie serca. Przynosi mi herbatę szpitalną, że może poczuję ruchy.
Nic nie czuję.
Przechodzę na usg, ginekolog robi jakieś groźne miny i chrząka.
Jak ja tego nie lubię. Wiem, że coś jest nie tak, ale człowieku odezwij się.
Najgorsze momenty, to domyślać się.
Mówi, że mnie zostawi w szpitalu, więc mówię do J, żeby jechał do domu i rano mi przywiózł wyniki grupy krwi, bo z tych nerwów zapomniałam.
Znowu podłączają ktg, słyszę bicie serca maluszka, ale ruchów nadal nie ma.
Wołają mnie na usg, ten gin, który mnie nadal poprosił o konsultację młodszego kolegę.
Ten zaczyna robić usg i mówi od razu : miałeś rację stary.
Tamten wychodzi, a ten jeździ po brzuchu głowicą, mierzy, sprawdza.
Więc proszę go, żeby mi powiedział, co się dzieje? Bo okropnie się stresuję.
Słyszę : rozważamy cc, bo mały ma złe przepływy, w dodatku szacują jego wagę na 1700g, a przecież 2 tygodnie wcześniej jak byłam na usg miał 1785.
Jak to możliwe? Pytam.
Słyszę tylko: prawdopodobnie hipotrofia. Czy Pani dostawała sterydy?
-nie
-wie Pani jak zostawimy maluszka w brzuchu, to w końcu zatrzyma się serduszko, ale jak go wyjmiemy, to nie wiem, czy sobie poradzi? bo jest malutki, no i to chłopiec.
Ok, nie ma na co czekać, proszę przejść do zabiegowego, dają mi tabletkę próbują mi założyć wenflon, ale nie wiem, czy ze stresu, czy co, ale 3 razy się wykluwają i nic.
Przychodzi 2 Pani i próbuje, druga mi zdejmuje biżuterię i mówi, żeby dzwonić do męża po grupę krwi.
Podpieli mi cewnik, przechodzę na salę operacyjną, gdzie podpisuję zgodę na zabieg, szybki wywiad anestezjologiczny i słyszę, że najlepiej będzie, jak mnie uśpią. Zgadzam się na wszystko, aby tylko go uratowali.
Golą mi brzuch, polewają jodyną i przyciskają maseczkę, aż mnie boli nos. Mam chęć zaprotestować, ale zasypiam...
Wydaje mi się, że minęła chwila, kiedy otwieram oczy słyszę tylko od tego gina, co mnie przyjmował, jak mówi do drugiego " taki zdechlok". Kiedy widzi, że się obudziłam milknie, a mnie łzy lecą jak groch.
Boże, czy moje dziecko żyje? Co ja najlepszego zrobiłam? Gdzie On jest? Jestem beznadziejna, to wszystko moja wina.
Wywożą mnie na korytarz, gdzie Jacek mnie przytula uśmiechnięty. Z czego On się cieszy? Nasze dziecko walczy o życie, a On się uśmiecha...
Głaszcze mnie po głowie całuje i dziękuję za ślicznego synka.
Mówi, że synek jest malutki, ale prześliczny i od razu płakał, zabrali go w inkubatorze.
Do mnie nie dociera, nadal płaczę, przewożą mnie na pooperacyjną, Jacek mnie całuje i mówi, że przyjedzie koło poludnia, to może coś będzie coś wiadomo.
Badanie prenatalne 3 trymestru, zaczynam autentycznie cieszyć się tą ciążą, choć jest tak skrajnie różna od poprzednich.
Wyniki mam lepsze niż ostatnio, z jednej strony się cieszę, z drugiej nie mogę się nadziwić, że nie mam anemii, która towarzyszyła mi w każdej ciąży.
Gin długi ogląda maluszka z każdej strony, chłopaczek rośnie, choć jest 2 tygodnie mniejszy niż tygodnie ciąży .
Jednak gin mówi, że mieści się w normie, ochoczo się przeciąga i wierci i możemy nawet zobaczyć jego stopę.
Mam wrażenie, że sam chce nam się pokazać i robi różne pozy. Waży już 1785g i ma około 40cm,a jego stopa ma aż 6cm i Pan doktor żartobliwie mówi, że będzie wielka stopa 😄
Mam zalecenie odstawić luteinę, w ten sam sposób, co progesteron.
Umawiamy się na następną wizytę 9 października, gin mówi, że właśnie kończy specjalizację, dlatego nie może wyznaczyć wcześniej wizyty, ale jakby się coś działo, to mam dzwonić o każdej porze.
Niestety wysypka jest coraz gorsza, mam mnóstwo świeżych ran i strupów, dostaje skierowanie do dermatologa na cito.
Dostaję się w ciągu tygodnia, ale dermatolog sugeruje, że to na może być na tle psychosomatycznym i daje mi skierowanie do psychologa. Poza tym mówi, że na tym etapie choroby, to przepisze mi sterydy, oczywiście mam smarować najmniejszą możliwą ilość, dostaje dodatkowo 3 inne maści i do kontroli za miesiąc.
Martwię się, czy leki nie zaszkodzą dziecku, ale z drugiej strony chyba lekarz wie, co jest bezpieczne.
Zaczynam zamawiać ciuszki dla maluszka, jest tego tyle, że zajmuje mi to kilka dni.
Wybieram ciuszki na 62, bo starsze dzieci od razu wchodziły w ten rozmiar, a na 56 zamawiam dosłownie 2 komplety.
Oczywiście domawiam pieluchy tetrowe, nie wyobrażam sobie, żebym miała dziecko na pampersach non stop. Jeszcze pieluszki flanelowe, rożek, czapeczki i inne.
Kiedy przychodzą rozpływam się, głaszcze te ubranka, przykładam do brzucha.
Zastanawiam się, jak maluszek będzie w nich wyglądał?
J kupuje łóżeczko z komodą i przewijakiem i 2 szafeczkami.
Włącza mi się syndrom gniazda, wszystko sprzątam, myję, ustawiam, piorę, prasuję, układam ciuszki.
Wtedy jeszcze nie wiem, że organizm daje mi znak i już za chwilę nie będzie mi do śmiechu.
2 października do wizyty u gina został tydzień, a ja jakaś taka osłabiona jestem i w dodatku słabo czuję ruchy młodego.
Wieczorem zaczynam się stresować, młody w sumie 5 ruchów w ciągu całego dnia wykonał, włączam ulubioną muzykę i nic.
W końcu biorę taksówkę i jadę na SOR.
Przechodzę na ginekologię, mówię drugi raz, co mi się dzieje.
Polożna podłącza ktg i nic, jeździ po brzuchu, ok jest.
Znajduje bicie serca, a ja oddycham z ulgą.
Przychodzi lekarz, pyta mnie, co i jak?
Zapis jest miarowy, podczas ktg młody zaczyna się wyginać, więc po pół godzinnym zapisie wysyłają mnie do domu, mówiąc, że pewnie dziecko już duże i nie ma gdzie szaleć.
W domu młody trochę kopie, a ja się uspokajam.
Mijają 3 dni i znów młodego nie czuję, tym razem jedzie ze mną syn, żeby mi było raźniej.
Znów ktg, słychać bicie serca, więc odsyłają mnie do domu, choć mówią, że jakbym została, to może za kilka dni zrobili by mi usg.
Za kilka dni to ja mam wizytę u mojego lekarza.
8 października robię badania kontrolne w diagnostyce i tak mówię, że od 18ej nie czułam ruchów dziecka.
Pani pobierająca krew, która pracuje w szpitalu jako położna, mówi, żebym podjechała do przychodni na ktg, bo to już za długo.
U mnie w przychodni tego dnia nie ma położnej, ani jakiegokolwiek ginekologa.
Jadę tam, gdzie mój gin przyjmuje prywatnie, ale Pani w rejestracji mówi, że jeżeli nie ma żadnego lekarza, nie może podłączyć ktg.
Dzwonię do gina, podpowiada mi, żeby podejść do przychodni przyszpitalnej, gdzie powinni mi zrobić ktg.
Położne niestety już wyszły na rejony, dostaję numer telefonu, ale czuję niepokój, więc dzwonię.
Po całym wywiadzie, podaniu mnóstwa danych Pani oznajmia, że dziś nie da rady i możemy się umówić na jutro na 9ta.
Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona...
Pamiętam, jak przy pierwszej ciąży nikt mi nie powiedział, jak się przygotować. Wyniki mi źle wyszły i musiałam powtarzać badanie.
Teraz poszłam z samego rana do Diagnostyki, przede mną jedna Pani w ciąży i siedziała starsza Pani o lasce.
Kiedy Pani z rejestracji poprosiła aby podejść, starsza Pani podstawiła laskę tej Pani w ciąży, krzycząc, że ona była pierwsza.
Pielęgniarka z rejestracji ledwo złapała Panią w ciąży za rękę i uchroniła przed upadkiem.
Starsza Pani usłyszała, że my musimy potem 2 godziny siedzieć więc mamy pierwszeństwo.
Co było inne, niż w poprzednich ciążach?
To, że najpierw Pani zbadała poziom glukozy glukometrem.
Wytłumaczyła mi, że gdyby był za wysoki, nie mogłabym mieć tego badania.
Kiedyś nikt tego nie mierzył i tym się nie przejmował.
Pobrali mi krew, podali szklankę z glukozą i kazali wypić przez najbliższe 5 minut.
Z 5 razy mi podchodziło do gardła, ale jakoś przełknęłam.
Siadłam i zaczęłam czytać książkę, młody na początku szalał, a potem stopniowo coraz delikatniej się poruszał w brzuchu, aż chyba zasnął. Jakoś w miarę minęła pierwsza godzina. Pobrali znowu krew i znów usiadłam, głowa sama mi zaczęła lecieć. Próbowałam czytać, ale książka mi wypadała z rąk, a ja przysypiałam na siedząco.
Bolał mnie kręgosłup i biodra i ledwo mogłam wytrzymać.
W końcu minęły 2 godziny, Pani pobrała mi ostatni raz krew i pojechałam do domu.
Gdzie zjadłam cokolwiek i spałam bite 4 godziny!!
18 lipca, nasza rocznica, w sumie dobrze, że choć troszkę mogę chodzić. Nie robimy żadnej imprezy, grilla, bo nie ma jak.
Nie udało się zamówić Mszy dziękczynnej, bo wolny termin był dopiero na koniec sierpnia.
Choć cieszę się i jestem wdzięczna za każdy dzień ciąży, to zaczynam też się denerwować tym ciągłym leżeniem.
Znam każdą ryskę na suficie i ścianie, każdy ślad po owadach, maluch delikatnie się rusza, bardziej się rozciąga niż kopie. Za to jak się przeciąga, to aż mam górkę na brzuchu.
Dzieciaki jadą w Bieszczady, dobrze, że mogą gdzieś wyjechać, spędzić czas z rówieśnikami.
Nie dość, że piękne widoki, to korzystają też i chodzą w góry, mają mnóstwo zajęć w ramach rekolekcji.
Wracają zadowoleni.
Kolejna wizyta 18.08.2018
Młody szaleje i kręci się, rośnie 1073 g i około 25 cm długości.
Mam podejrzenie cholestazy, bo od początku sierpnia swędzi mnie skóra, po nocy budzę się podrapana, z nowymi strupami, ranami.
Gin zleca badania wątroby i inne.
Niepokoi go też moje wysokie ciśnienie. Zwiększa mi ilość magnezu, który mam przyjmować w ciągu dnia.
30 sierpnia 2018
Msza dziękczynno-błagalna w 20 lat po ślubie, o zdrowie dla moich dzieci i szczęśliwe rozwiązanie.
Jest bardzo uroczyście, na koniec Ksiądz nas prosi o podejście do ołtarza, Błogosławi nas, podchodzi i błogosławi maleństwo w brzuchu, jestem ogromnie wzruszona, a maluszek szaleje w brzuchu.
Po Mszy robimy krótką sesję przed kościołem, choć jest 7 rano, to już robi się ciepło.
Czasem się zastanawiam, jak ja daję radę znieść te upały?
Następnego dnia mam wizytę kontrolną u gina.
Znowu mam kosmiczne ciśnienie, gin przepisuje mi dopegyt i instruuje, że jeżeli 3 wyniki pod rząd będą wysokie zaczynam brać leki na ciśnienie 2x dziennie.
Mówi, że grozi mi zatrucie ciążowe, a to jest bardzo niebezpieczne...
Kiedy mówię, że kończy mi się luteina i duphaston gin mówi, żebym się nie denerwowała, ale powoli musimy schodzić z leków, bo zostało mniej niż 100 dni do porodu i musimy powoli odstawić hormony.
Przepisuje mi luteinę, a progesteron mówi, że mam tak przeliczyć, żeby mi ostatnie 5, żebym wybrała raz dziennie.
Umawiamy się na kolejne prenatalne 3 trymestru.
Okropnie się stresuje tym odstawieniem leków, że zacznę mieć bóle, czy skurcze.
Na szczęście odstawiam progesteron i nic złego się nie dzieje.
18 kwietnia 2018 wizyta kontrolna u doktora M, to przede wszystkim usg, przepięknie bije serduszko 180 uderzeń/minutę. Widzę maleństwo wtulone we mnie i zalewa mnie fala miłości i wzruszenia. Gin mówi, że ma już ponad 3 cm i wszystko jest ok. Mam pozwolenie na wyjście na balkon na chwilę i krótkie siedzenie podczas jedzenia. Gin mnie informuję, że z racji, że skończyłam 35 lat przysługują mi badania prenatalne na nfz, czy chcę, aby mi wypisał skierowanie, wtedy nie będę płaciła. Gin mi tłumaczy na czym polegają te badania, co mogą wykazać, bo w poprzednich ciążach nikomu o takich badaniach się nie śniło. Mówi, że mój wiek zwiększa ryzyko różnych chorób i trzeba się wtedy zastanowić co dalej?
-Panie doktorze, ale ja już kocham to moje dziecko, obojętnie jakie jest - mówię.
Wybieram luxmed i zapisują mnie na początek maja.
7 maja 2018
Lekko zestresowana przekraczam próg gabinetu, na dzień dobry Pan S mówi, żebym weszła na wagę, bo jestem gruba i pyta, ile przytyłam od początku ciąży?
Mówię, że 2kg do 12 tygodnia, słyszę, że dużo za dużo?! Następnie pada pytanie : zgadza się Pani na amniopunkcję?
Mówię, że nawet Pan jeszcze nie zrobił badania, a już proponuję amniopunkcję? Nie zgadzam się.
Robi mi badanie z pół godziny, dociska tak brzuch, że mam wrażenie jakby chciał wycisnąć to dziecko przez gardło. Mówię mu, że to boli, ale nie jest przez to delikatniejszy. Robi wszystkie pomiary, a nosa chyba z 10 zdjęć, puszcza bicie serca i niby ok, ale jeszcze chce zrobić usg dopochwowe, bo niby przez moją wagę nie może wiele zobaczyć. Dziobie tą głowicą, aż zwijam się z bólu, jak widzi, że mam dość kończy badanie nic nie mówiąc poza tym, że dziecko ma prawie 7cm i żebym przeszła na pobranie krwi.
Całą drogę powrotną zwijam się z bólu, po powrocie idę do łazienki, krwawię i zaczynam ryczeć.
Dzwonię do gina, dostaje znów bezwzględny nakaz leżenia i mam przyjechać za 2 dni do kontroli, a w razie "w "mam jechać na pogotowie.
9 maja 2018
Czuję się, jakby minęło 2 tygodnie, a nie 2 dni. Siedzę przed gabinetem i zastanawiam się czy z maluszkiem wszystko ok? Czy bije serduszko?
Gin od razu robi mi usg przez brzuch i pyta, co to za siniaki mam?
Wtedy mówię, że pewnie tamten ginekolog mi zrobił.
Doktor M jest zszokowany, próbuje mnie uspokoić mówiąc : sprawdzimy, co u maluszka?
Na szczęście serduszko bije, gin sprawdza wszystkie parametry i pokazuje mi jakieś plamy na ekranie.
Dowiaduję się, że ten lekarz z luxmedu wygniótł mi 2 krwiaki, potem mnie bada i mówi, że szyjka wygląda jak zmasakrowana.
Co ten lekarz Pani zrobił?
Raczej stwierdza niż pyta, dostaje maści, tabletki i rutynę.
Mam zakaz wstawania poza wyjściem do łazienki i kolejną wizytę wyznacza za 2 tygodnie.
23 maja 2018
Jeden krwiak się wchłonął, plamienie ustało, a ja dowiaduję się, że noszę pod sercem chłopczyka.
Mojego synka, Mateuszka wymarzonego.
Gin nawet robi fotę dla J z podpisem "jestem chłopcem" :)
Kiedy wsiadam do auta i mówię J, że będziemy mieli synka mówi : wiedziałem.
Myślałam, że bardziej się ucieszy.
6 czerwca kolejna wizyta, powoli wszystko wraca do normy, mogę sobie trochę siedzieć w domu i dreptać na krótki spacer.
Gin pyta, czy dać mi skierowanie na kolejne prenatalne?
Mówię, że nie zamierzam jechać do tego sadysty, chcę aby mój gin wykonał to badanie.
Ma odpowiednie uprawnienia, tylko nie przyjmuje na nfz.
Ogólnie nie bardzo mam chęć na spacery, ciągle mam w sobie ten lęk, że zaraz coś się stanie.
Tym bardziej, że zbliża się 17 czerwca, dzień, w którym straciłam poprzednią ciążę.
Starsza córka wyjeżdża na wycieczkę szkolną, trochę zabijam głowę innymi rzeczami.
Często rozmawiam z dziećmi i pytają : kiedy zacznę coś kupować dla dziecka?
A ja się boję, bo tamtym razem od razu kupiłam piżamki, body itd.
Najpierw obserwuję i podczytuję forum listopadowe 2018, w końcu odważam się i piszę.
Jakoś jak piszę, to aż tak się nie stresuje.
Dziewczyny są spoko, choć każda ma swoją historię i doświadczenie.
14 marca 2018 czekam przed gabinetem, bo jest opóźnienie. Czuję się trochę dziwnie, bo J nie mógł ze mną być pojechał do pracy, a do lekarza przywiózł mnie syn. Wreszcie nadchodzi moja kolej, gin od razu zaprasza na badanie usg.
Kładę się i boję tego, co usłyszę. Rozpoczyna się badanie, a ja zaciskam ręce na leżance i zamykam oczy. Doktor M mówi, że jest pęcherzyk ciążowy (a ja tylko modlę się, oby nie powiedział, że jest puste jajo).
Gin próbuje mnie uspokoić, że to wczesna ciąża i jest jajo płodowe i widać ciałko żółte i zarys zarodka.
Chce , żebym sama zobaczyła, ale ja nie chcę.
Mówię, że zobaczę dopiero, kiedy będzie dobrze widać dzidziusia.
Zleca mi całą masę badań, proponuję, żebym przyszła z wynikami za 2 tygodnie, mam się oszczędzać, dostaje luteinę.
Jedziemy prosto do apteki, syn idzie ze mną, kupuję też sobie syrop na gardło dla kobiet w ciąży.
Więc pod domem mówię synkowi, że jestem w ciąży.
Na początku zastanawiałam się, czy powiedzieć dzieciom o ciąży , po tym, co ostatnio przeszliśmy wszyscy?
ale po powrocie do domu powiedziałam też dziewczynom.
19 marca od rana źle się czuję, brzuch mnie okropnie boli i obawiam się o maluszka.
W pracy jestem z nową Panią kierownik, staram się oszczędzać, ale jest tyle pracy, że moment mija czas do 12ej,kiedy idę na przerwę.
W łazience zauważam, że zaczęłam plamić , aż mi się słabo robi i myślę sobie : znów się zaczyna...
Dzwonię do gina, który mówi, że jeżeli by się pogorszyło to natychmiast mam jechać na szpital.
A teraz mam się zwolnić z pracy, jechać do domu i leżeć, mówi, żebym zaczęła brać magnez i nospe i zapisuje mnie na najbliższą wizytę za 2 dni.
Idę do Pani kierownik nie pewna, jak zareaguje, ale życie tego maluszka jest ważniejsze.
Mówię szczerze, że jestem w początkach ciąży, poprzednią poroniłam, a teraz zaczęłam plamić i konsultowałam się z ginekologiem i kazał mi leżeć w domu do wizyty.
Pani Kierownik tylko zapytała, czy ktoś po mnie przyjedzie? Bo jak nie, to jak tylko przyjdzie druga Pani do pracy, to Ona mnie zawiezie do domu, bo nie chce mnie mieć na sumieniu.
Zadzwoniłam do J i przyjechał po mnie...
Te 2 dni do wizyty u gina dłużyły mi się okropnie, a każde wyjście do wc to ogromny stres.
W końcu pojechaliśmy do gina, sprawdził, że ciąża jest i się rozwija, zerknęłam jednym okiem na dosłownie milimetrowy punkcik, moje dziecko. Dowiedziałam się też, że jest krwiak (pewnie stąd to plamienie), przepisał mi dodatkowo duphaston i dostałam zwolnienie i bezwzględny nakaz ciągłego leżenia, jedynie mogę pójść do wc i łazienki, a tak to muszę leżeć.
Musimy wszystko przeorganizować w domu, bo do tej pory ja prałam, sprzątałam, gotowałam, robiłam zakupy, a teraz muszę się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Mogę co najwyżej dawać wskazówki, czy robić listę zakupów.
28 marca kolejna wizyta, na którą przyniosłam wyniki.
Ogólnie ok, ale gin się za głowę łapie przy wyniku tsh 3,67!
Słyszę zdanie, które później dźwięczy mi w uszach przez cały czas oczekiwania " to cud, że przy takim tsh zaszła Pani w ciążę".
Dostaję euthyrox 50tke i mam przyjść na kolejną wizytę za tydzień.
Czas mi mija głównie na spaniu, czytaniu książki i rozmowach z dziećmi.
4 kwietnia
Kolejna wizyta, tym razem zanim zdążę cokolwiek powiedzieć słyszę mocne i rytmiczne bicie serca.
Patrzę na ekran, a tam maluszek sobie fika i serduszko mu pięknie pika.
Za chwilę gin mnie pyta, czy wszystko ok?
Zdziwiona zauważam, że łzy mi lecą, mówię, że wszystko w porządku, tylko to takie wspaniałe uczucie zobaczyć swoje maleństwo.
Doktor zakłada mi kartę ciąży, waży, mierzy ciśnienie, bada piersi (po raz 3 w życiu mam badane przez lekarza i 1 raz w ciąży).
Dostaje kolejne zlecenia i kontrola za 2 tygodnie.
Najtrudniej jest leżeć i czekać na kolejną wizytę.
Nie byłam zawodowym sportowcem, ale lubiłam długie spacery, jazdę na rowerze, zumbowanie, basen, a tu muszę leżeć. Choć wiem, że to dla dobra dziecka, to muszę znaleźć sobie zajęcie, żeby tyle nie myśleć.
Zawsze marzyłam o tym, aby mieć dużą rodzinę, z resztą sama z takiej pochodzę i choć zawsze to starszy brat miał lepiej, to tkwił we mnie ten wzór rodziny.
Takim minimum moim i męża była trójka dzieci i tak udało nam się po 8 latach małżeństwa zrealizować ten minimalistyczny plan.
Lata mijały, dzieci rosły, a mnie się marzyło coraz częściej małe dziecko.
Z jednej strony z każdym rokiem ryzyko rosło, no i człowiek doroślejszy, inaczej na pewne rzeczy patrzy.
W końcu zdecydowaliśmy się spróbować, ale ta 4 ciąża, o którą staraliśmy się blisko rok zakończyła się zanim zdążyliśmy się nią nacieszyć.
Dlatego kiedy podczas moich 40 urodzin mój ulubiony szampan mi nie smakował i ogólnie wszystko mi dziwnie pachniało, zaczęłam się zastanawiać, a może tym razem nam się udało.
Kilka dni później zrobiłam test i gdy zobaczyłam 2 kreski nie mogłam w to uwierzyć.
W zasadzie z mężem sobie odpuściliśmy i jak to się stało, że nam się udało nie wiem do dziś.
Dla mnie to ewidentny cud i dar od Boga.
Po tym, co przeżyliśmy w 2017 roku bałam się cieszyć, więc dla pewności kolejnego dnia zrobiłam 2 testy i jeszcze kolejnego kolejne dwa.
Wszystkie choć bladziutkie, wskazywały 2 kreski.
Umówiłam się z moim ginekologiem, że jeżeli uda nam się, to zaraz po pozytywnym teście pójdę do niego.
Dla pewności zrobiłam jeszcze Betę ( jest to badanie z krwi, które wykazuje poziom gonadotropiny kosmówkowej, czyli hormonu, którego poziom rośnie w ciąży).
Tak przygotowana poszłam do mojego ginekologa, który stwierdził 6 tydzień ciąży, ale malutka kropeczka była za malutka, abym mogła usłyszeć bicie serca maluszka.
Dostałam skierowanie na badania, zalecenie oszczędzania i luteinę na podtrzymanie.
2 tygodnie później w pracy zaczął mnie brzuch boleć i pojawiły się plamienia, więc podczas przerwy w pracy zadzwoniłam do mojego ginekologa.
Kazał mi zwolnić się z pracy, wziąć magnez, leżeć i zgłosić się do niego następnego dnia.
Chyba, żeby coś się działo,to natychmiast na sor.
Cała w stresie pojechałam na kolejną wizytę, maluszek na szczęście miał się dobrze, usłyszałam też bicie serca i się popłakałam.
Choć okazało się, że mam krwiaka i pewnie stąd to plamienie, więc dostałam nakaz bezwzględnego leżenia.
Mój maluszek miał wtedy 1,6 cm
Dostałam L4, zakaz aktywności i dodatkowo 3x dziennie magnez i progesteron na podtrzymanie.
Ze względu na ciążę wysokiego ryzyka gin kazał mi się zgłaszać na wizyty co 2 tygodnie.
Początki były dla mnie ciężkie, bo z osoby, która na chwilę nie usiądzie, jeździ na rowerze, dużo spaceruje, wszystko w domu sama zrobi nagle musiałam zwolnić, leżeć i wpatrywać się w sufit.
Na szczęście hormony ciążowe powodowały u mnie na początku senność i sporo dnia przesypiałam, za to w nocy się tłukłam i nie mogłam się ułożyć.
Bardzo ciężkie dla mnie było proszenie o picie, jedzenie czy coś innego.
Dwa tygodnie później podczas wizyty nie było już krwiaka i gin mi pozwolił troszkę chodzić po domu, oczywiście w granicy rozsądku.
Musiałam jednak zacząć brać euthyrox, ponieważ wyniki tsh był w górnej granicy normy.
Maluszek miał zrobione pierwsze zdjęcia 3D, które mnie rozczuliły, bo był na nich taki we mnie wtulony.
Urósł prawie 2 krotnie do 3,08 cm i jego serduszko 180 uderzeń na minutę.
Podczas tej wizyty gin dał mi skierowanie na 1 badanie prenatalne.
Chodziłam do niego prywatnie i ma uprawnienia do takiego badania, ale wiadomo, że to dodatkowe koszta, więc zaproponował, że skieruje mnie do Lublina, abym miała w ramach NFZ.
Pojechałam do Lux Medu na umówioną wizytę.
Pan doktor od progu, że jestem stara i czy zgadzam się na amniopunkcję?!
Wiedząc o tym, że to jest bardzo inwazyjne badanie nie zgodziłam się, tym bardziej, że jeszcze nie widział mojego dziecka, a już oceniał.
Na usg bardzo mocno naciskał mój brzuch, mimo moich protestów, że to boli.
Jak już z pół godziny mnie badał, widzieliśmy całego malucha, słyszeliśmy bicie serca, to wymyślił badanie sondą wewnętrzną, że niby jestem tak gruba, że dobrze czegoś tam nie zobaczył.
Maleństwo miało już prawie 6cm a serduszko biło z prędkością 176 uderzeń
Był bardzo niedelikatny, po tym badaniu zaczęłam krwawić i się załamałam.
Niestety mimo leżenia nie było poprawy, więc mój ginekolog kazał przyjechać.
Musiałam dostać kolejne leki, bo tamten gin wygniótł mi 2 krwiaki.
No i znów powrót do całkowitego leżenia plackiem.
W 15 tygodniu gin sprawdził, czy wszystko jest ok,poza tym, że maluszek ułożył się poprzecznie rozwijał się prawidłowo i udało się dostrzec, że noszę pod sercem synka.
Kiedy wyszłam z gabinetu i powiedziałam o tym mężowi stwierdził tylko dumny : wiedziałem !
Na kolejne usg prenatalne poszłam już do mojego gina na tzw półówkowe zwane chyba najważniejszym badaniem.
Dzieciaczek jest jeszcze na tyle mały, że można go łatwo obejrzeć, a z drugiej strony na tyle duży, że można dużo zobaczyć.
Wtedy też mój ginekolog zauważył, że boję się cieszyć tą ciąża i że już połowa minęła, więc czas najwyższy się nią cieszyć.
Mały ułożył się podłużnie główkowo, czyli idealnie
Ważył 319 g i tętno 156 /minutę
Wtedy też dalsza rodzina i znajomi dowiedzieli się o mojej ciąży.
Gin pozwolił mi na wyjście pod blok na ławkę, ale choć cieszyłam się jak dziecko, to nie miałam zupełnie siły.
Któregoś dnia postanowiłam się przejść nad Wisłę, tak bardzo lubię podziwiać zachody słońca, ale choć mam 100 metrów ledwo się doczłapałam
18 sierpnia w 27 tygodniu ciąży gin zważył maluszka, waga 1073g zaliczyła go do niskiego centylu.
Od razu zapytałam, o co chodzi, lekarz powiedział, że na razie nie ma powodów do niepokoju, ale prawdopodobnie dziecko będzie drobniejsze niż moje pozostałe dzieci, bo jest mniejsze o jakiś tydzień niż by wynikało. Kazał mi zmniejszyć ilość brania jednego z hormonów, aby całkiem odstawić.
Bałam się, że po odstawieniu progesteronu powrócą wcześniejsze dolegliwości. Na szczęście robiłam to stopniowo i wszystko było ok.
Podczas 3 usg prenatalnego gin sprawdził wszystkie narządy, szczególnie skupił się na budowie serduszka i mózgu, a także innych narządów, ale serduszko mogliśmy dłużej posłuchać.
Zrobił też śliczne zdjęcia 3D. Wtedy nawet nie podejrzewałam, że to będzie moja ostatnia wizyta u niego i ostatnie usg.
Pamiętam jak śmieliśmy się z ginem, że Mati będzie wielka stopa, bo ma mniej więcej 40 cm, a stopa ma ponad 6 cm :P
Ważył wtedy wg usg 1785g
Synek był znów ułożony pośladkowo i gin wspomniał, że jak się nie przekręci, to prawdopodobnie czeka mnie cesarskie cięcie.
Na następną wizytę kazał mi przyjść 9 października, a tego dnia mój synek pojawił się na świecie.
A to opowieść na kolejny post.
PS.Dobrze, że przez tą niełatwą, leżącą ciążę mogłam liczyć na najbliższych, syn mnie woził na badania i wizyty, a córki pomagały w domu: gotowały, robiły zakupy itd.