Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2023

5 urodziny

 Jak ten czas szybko leci,ani się obejrzeliśmy,a Mati skończył 5 lat.

Zawsze tego dnia wspomniam,jaki był malutki,kruchutki,a jaki teraz duży chłopak mi urósł i gdyby nie problemy z napięciem mięśni i zaburzeniami SI, to nikt by nie powiedział, że urodził się jako wcześniak.

Wspólnie z Darią udekorowałyśmy jadalnię balonami i przygotowałyśmy wszystko na powrót Matiego do domu.

Dzień wcześniej zrobiłam jego ulubiony tort, który ozdobiłam uwielbianymi dinozaurami.











Mati był zaskoczony piniatą, którą w zasadzie w ostatniej chwili kupiłam w Dealz, ale polecam,bo porządnie wykonana i trochę się musiał namęczyć, żeby ją rozbić.
A w weekend przyjechała do Matiego Babcia z Ciocią z życzeniami i prezencikami.
Jak widać był zachwycony 🥰



poniedziałek, 5 września 2022

Wyjście do Biblioteki

Matiemu powiedzieliśmy w niedzielę, żeby go nie stresować w poniedziałek z rana, że wychodzą z przedszkolem do biblioteki i musimy być wcześniej.
Choć ogólnie mam taki charakter, że wszystko robię na ostatnią chwilę,to w tym wypadku przygotowałam nawet jego ciuszki wieczorem.
Synek wstał sam o 6 ej i pełen energii zapytał,czy już jedziemy do przedszkola?
Także szybko się wybraliśmy,krótkie pożegnanie i poszedł.
Kiedy go odebrałam okazało się, że w bibliotece było spotkanie z Kicią Kocią, przedstawienie.
Synek pokazał mi swoją pierwszą przedszkolną pracę na tablicy.



 Mati szczęśliwy dostał dyplom i kolorowankę,


 oczywiście koniecznie chciał iść na plac, gdzie mi opowiadał o zajęciach w bibliotece.
Później na stronie przedszkola zostały umieszczone zdjęcia z tych zajęć, więc jedno z nich dodaje na bloga na pamiątkę.
Fajnie, że są organizowane takie zajęcia i że w tym przedszkolu w zasadzie od początku gdzieś wychodzą z dziećmi.
Oby Matiemu został taki zapał i chęć do chodzenia.


sobota, 27 sierpnia 2022

Przedszkole kiedyś

 Postanowiłam napisać Wam, jak to było kiedy pierwszy raz postanowiłam zapisać dziecko do przedszkola. Mój starszy syn miał niecałe 4 lata, nie było jakichś specjalnych dni adaptacyjnych, ani możliwości obejrzenia przedszkola.

Ale też my jako rodzice mieliśmy po 24-25 lat i niewielkie doświadczenie, a jedyne wsparcie,to opowieści rodziny, o tym jak w latach 80 tych wszystkie dzieci chodziły do przedszkola i żłobka,taka kolej rzeczy. 

Podeszłam do tego zadaniowo, Markowi powiedziałam, że od września idzie do przedszkola i będzie się bawił z innymi dziećmi - to tyle z przygotowań.



1 września zaprowadziłam go i wyszłam z młodszą Angeliką do domu, wróciłam po niego po 14ej,tak jak sugerowała Pani w przedszkolu. Marek był zadowolony i chętnie chodził do przedszkola,lubił zabawę z rówieśnikami. Niestety Angela mi zaczęła chorować, nie mialam z kim jej zostawiać i  po kilku miesiącach chodzenia,postanowiłam przełożyć na rok przedszkole.

W międzyczasie znalazłam pracę i zaczęłam szukać przedszkola,które przyjmie oboje dzieci.

Udało mi się,choć przedszkole było znacznie oddalone od domu, ale jakoś dawałam radę ich zaprowadzać przed pracą.

Angela bardziej przeżywała rozstanie ze mną,ale była też młodsza od Marka, bo miała 2,5 roku jak poszła do przedszkola. 



Na szczęście rano byli z Markiem do godziny 8ej we wspólnej grupie,więc było im raźniej.

Przez jakiś pierwszy miesiąc ciężko Angeli było przy rozstaniu,ale później się przyzwyczaiła.

Jak się urodziła Daria, to zatrzymałam od września Angelikę w domu, bo ciężko by mi było ją prowadzać przy takim maluszku,tym bardziej, że Jacek był na wyjeździe i byłam sama z nimi.

Niestety przez to, potem nie chcieli jej przyjąć do zerówki i musiała pójść do zerówki w szkole.

Natomiast jak miałam Darię puścić do przedszkola, również w wielu 2, 5 roku to już bardziej to przeżywałam.

Fakt, że miałam już 30 lat, dostęp do internetu,gdzie inne mamy na forum stresowały się również, czy dzieci będą miały odpowiednią opiekę,czy nie będą płakały itd. już bardziej świadomie mówiło się o prawach dziecka i na co zwrócić uwagę.

Opowiadałam jej trochę o przedszkolu, martwiłam się, że będzie tam sama i czy sobie poradzi.

Całą drogę miałam głowę pełną różnych pytań i myśli, a Daria przebrała się, pomachała mi i poleciała do dzieci.

Wyszłam z przedszkola i krążyłam wokół, nasłuchując, czy młoda płacze, czy mnie potrzebuje.

W końcu poszłam do pracy, a Daria bardzo chętnie do przedszkola chodziła i bardzo lubiła dzieci i jej ulubioną Panią Marzenkę.



Jakoś wcześniej mimo praktycznie nie organizowania dni adaptacyjnych,ani innych pomocy było łatwiej.

Przede wszystkim mi było łatwiej się z nimi rozstać, może wynikało to z wieku, czasów i podejścia,bo wszystkie dzieci chodziły do przedszkola, więc dlaczego moje miały nie chodzić?

Czy wtedy dzieci mniej chorowały?

Nie, musiały przechorować pewne choroby, aby uzyskać odporność. Tylko wcześniej jak się kichnelo czy miało chrypkę,to nikt się nie odsuwał i nie trzeba było dziecka zostawiać w domu. 

Tak w skrócie wyglądają moje wspomnienia ze starszymi dziećmi i ich chodzeniem do przedszkola.

środa, 25 maja 2022

Zmiana alergologa

 Dawno tutaj nie pisałam,ale czas najwyższy to zmienić.

Jeżeli chodzi o zdrowie Matiego,to na przełomie sierpnia/ września zaczął mi chorować.

Wszystko zbiegło się w czasie i przeprowadzka,remont, pójście do przedszkola.

Pamiętam, że ze starszymi dziećmi po wysłaniu ich do przedszkola też ich odporność się budowała i więcej chorowali.

Jednak odnoszę wrażenie, że te dzieci, które zmuszone były siedzieć w 2020 w domu, a place zabaw były zamknięte przez wiele miesięcy,bo zarażają, mają przez to słabszą odporność.

I tak po 3 tygodniach od początku roku przedszkolnego Mati zaczął chorować.

2 tygodnie w domu, tydzień w przedszkolu, a to zapalenie gardła,to oskrzela,ale najczęściej sam katar, a z tego kaszel.

W końcu pediatra zasugerowała, że to może alergia,tym bardziej, że inhalacje zawsze działały.

Dostaliśmy skierowanie do alergologa, w miarę szybko udało nam się dostać.

Doktor zleciła badania z krwi, odczekaliśmy 2 tygodnie na wynik.

Nic nie wyszło na tych badaniach, a Pani doktor stwierdziła, że innych nie ma sensu robić zakończyła leczenie 🤷

A problem został, więc pediatra powiedziała, że chorować może od przerośniętego migdałka, ale ona bardziej obstawia alergię.

Dostaliśmy nowe skierowanie i poszliśmy do zupełnie innej przychodni.

Pani doktor go osłuchała, dokładnie przebadała i zrobiła pierwszy pakiet testów.

Co prawda daliśmy mu komórkę, żeby oglądał bajkę,ale dzięki temu spokojnie posiedział 15 minut.
Na 9 alergenów wyszła mu lekka alergia na pleśń,przy kolejnej wizycie będzie pakiet pleśni robiony, żeby zobaczyć,czy na inne rodzaje ma alergię.
Dostał 2 leki wziewne i kolejna wizyta w lipcu.
Pani nam powiedziała, że nawet jakby nic nie wyszło,to dobrze jest pokazać dziećmi,co 3 m-ce,bo może nie mieć alergii teraz, a za jakiś czas może to się zmienić.



piątek, 26 marca 2021

Nagły koniec ciąży


 Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona. Mówi, żebym zaczekała, że zadzwoni do koleżanki i do mnie oddzwoni. 

Oddzwania, że  koleżanka się zgodziła, przyjedzie i mi zrobi ktg.

Serce bije miarowo, a ruchów dalej nie ma. Dała mi 2 cukierki, żebym zjadła, ale to nic nie zmieniło.

Po 30 minutowym zapisie idziemy do pobliskiego szpitala na konsultację, jest mój "ulubiony" ordynator żartowniś.

Aby przytknął głowicę usg, pokazał mi, że serce bije i mówi : niech Pani nie panikuje, widziała serce bije. Iść do domu i wrócić jak coś się będzie działo.

Wracam do domu i staram się nie myśleć, trochę się uspokajam.

Około 2ej w nocy wstaje do wc i dostaję krwotoku.

Wyć mi się chce, nie czuję dziecka, a w głowie mam tylko pytanie : czy on jeszcze żyje?

Dzwonię do J, żeby przyjechał z pracy, bo musi ze mną pojechać do szpitala.

Pakuję torbę do szpitala, zjawia się mąż i jedziemy.

Pani położna wita mnie słowami : to znowu Pani?!

Woła lekarza, który po badaniu stwierdza, że jest lekkie krwawienie, ale nie krwotok. Myślał, że przyjadę taka jak stoję? Przecież wiadomo, że się ogarnęłam, zanim przyjechałam.

Mówi, żeby podłączyć ktg. Położna przystawia głowicę i słyszę ciszę... Milion myśli w głowie.

Pyta mnie, jak jest dziecko ułożone?

-poprzecznie pośladkowo

Jeździ chwilę po całym brzuchu, w końcu słychać bicie serca. Przynosi mi herbatę szpitalną, że może poczuję ruchy.

Nic nie czuję.

Przechodzę na usg, ginekolog robi jakieś groźne miny i chrząka.

Jak ja tego nie lubię. Wiem, że coś jest nie tak, ale człowieku odezwij się.

Najgorsze momenty, to domyślać się.

Mówi, że mnie zostawi w szpitalu, więc mówię do J, żeby jechał do domu i rano mi przywiózł wyniki grupy krwi, bo z tych nerwów zapomniałam.

Znowu podłączają ktg, słyszę bicie serca maluszka, ale ruchów nadal nie ma.

Wołają mnie na usg, ten gin, który mnie nadal poprosił o konsultację młodszego kolegę.

Ten zaczyna robić usg i mówi od razu : miałeś rację stary.

Tamten wychodzi, a ten jeździ po brzuchu głowicą, mierzy, sprawdza.

Więc proszę go, żeby mi powiedział, co się dzieje? Bo okropnie się stresuję.

Słyszę : rozważamy cc, bo mały ma złe przepływy, w dodatku szacują jego wagę na 1700g, a przecież 2 tygodnie wcześniej jak byłam na usg miał 1785.

Jak to możliwe? Pytam.

Słyszę tylko: prawdopodobnie hipotrofia. Czy Pani dostawała sterydy?

-nie

-wie Pani jak zostawimy maluszka w brzuchu, to w końcu zatrzyma się serduszko, ale jak go wyjmiemy, to nie wiem, czy sobie poradzi? bo jest malutki, no i to chłopiec.

Ok, nie ma na co czekać, proszę przejść do zabiegowego, dają mi tabletkę próbują mi założyć wenflon, ale nie wiem, czy ze stresu, czy co, ale 3 razy się wykluwają i nic.

Przychodzi 2 Pani i próbuje, druga mi zdejmuje biżuterię i mówi, żeby dzwonić do męża po grupę krwi.

Podpieli mi cewnik, przechodzę na salę operacyjną, gdzie podpisuję zgodę na zabieg, szybki wywiad anestezjologiczny i słyszę, że najlepiej będzie, jak mnie uśpią. Zgadzam się na wszystko, aby tylko go uratowali.

Golą mi brzuch, polewają jodyną i przyciskają maseczkę, aż mnie boli nos. Mam chęć zaprotestować, ale zasypiam...

Wydaje mi się, że minęła chwila, kiedy otwieram oczy słyszę tylko od tego gina, co mnie przyjmował, jak mówi do drugiego " taki zdechlok". Kiedy widzi, że się obudziłam milknie, a mnie łzy lecą jak groch.

Boże, czy moje dziecko żyje? Co ja najlepszego zrobiłam? Gdzie On jest? Jestem beznadziejna, to wszystko moja wina.

Wywożą mnie na korytarz, gdzie Jacek mnie przytula uśmiechnięty. Z czego On się cieszy? Nasze dziecko walczy o życie, a On się uśmiecha...

Głaszcze mnie po głowie całuje i dziękuję za ślicznego synka.

Mówi, że synek jest malutki, ale prześliczny i od razu płakał, zabrali go w inkubatorze.

Do mnie nie dociera, nadal płaczę, przewożą mnie na pooperacyjną, Jacek mnie całuje i mówi, że przyjedzie koło poludnia, to może coś będzie coś wiadomo.

Ryczę sama w sali, aż zasypiam... 

czwartek, 18 marca 2021

33 tydzień ciąży



 18.09.2018

Badanie prenatalne 3 trymestru, zaczynam autentycznie cieszyć się tą ciążą, choć jest tak skrajnie różna od poprzednich.

Wyniki mam lepsze niż ostatnio, z jednej strony się cieszę, z drugiej nie mogę się nadziwić, że nie mam anemii, która towarzyszyła mi w każdej ciąży.

Gin długi ogląda maluszka z każdej strony, chłopaczek rośnie, choć jest 2 tygodnie mniejszy niż tygodnie ciąży .

Jednak gin mówi, że mieści się w normie, ochoczo się przeciąga i wierci i możemy nawet zobaczyć jego stopę.

Mam wrażenie, że sam chce nam się pokazać i robi różne pozy. Waży już 1785g i ma około 40cm,a jego stopa ma aż 6cm i Pan doktor żartobliwie mówi, że będzie wielka stopa 😄

Mam zalecenie odstawić luteinę, w ten sam sposób, co progesteron.

Umawiamy się na następną wizytę 9 października, gin mówi, że właśnie kończy specjalizację, dlatego nie może wyznaczyć wcześniej wizyty, ale jakby się coś działo, to mam dzwonić o każdej porze.

Niestety wysypka jest coraz gorsza, mam mnóstwo świeżych ran i strupów, dostaje skierowanie do dermatologa na cito. 

Dostaję się w ciągu tygodnia, ale dermatolog sugeruje, że to na może być na tle psychosomatycznym i daje mi skierowanie do psychologa. Poza tym mówi, że na tym etapie choroby, to przepisze mi sterydy, oczywiście mam smarować najmniejszą możliwą ilość, dostaje dodatkowo 3 inne maści i do kontroli za miesiąc. 

Martwię się, czy leki nie zaszkodzą dziecku, ale z drugiej strony chyba lekarz wie, co jest bezpieczne. 

Zaczynam zamawiać ciuszki dla maluszka, jest tego tyle, że zajmuje mi to kilka dni.

Wybieram ciuszki na 62, bo starsze dzieci od razu wchodziły w ten rozmiar, a na 56 zamawiam dosłownie 2 komplety.

Oczywiście domawiam pieluchy tetrowe, nie wyobrażam sobie, żebym miała dziecko na pampersach non stop. Jeszcze pieluszki flanelowe, rożek, czapeczki i inne.

Kiedy przychodzą rozpływam się, głaszcze te ubranka, przykładam do brzucha.

Zastanawiam się, jak maluszek będzie w nich wyglądał?


J kupuje łóżeczko z komodą i przewijakiem i 2 szafeczkami.

Włącza mi się syndrom gniazda, wszystko sprzątam, myję, ustawiam, piorę, prasuję, układam ciuszki.

Wtedy jeszcze nie wiem, że organizm daje mi znak i już za chwilę nie będzie mi do śmiechu.

2 października do wizyty u gina został tydzień, a ja jakaś taka osłabiona jestem i w dodatku słabo czuję ruchy młodego.

Wieczorem zaczynam się stresować, młody w sumie 5 ruchów w ciągu całego dnia wykonał, włączam ulubioną muzykę i nic.

W końcu biorę taksówkę i jadę na SOR.

Przechodzę na ginekologię, mówię drugi raz, co mi się dzieje.

Polożna podłącza ktg i nic, jeździ po brzuchu, ok jest.

Znajduje bicie serca, a ja oddycham z ulgą.

Przychodzi lekarz, pyta mnie, co i jak?

Zapis jest miarowy, podczas ktg młody zaczyna się wyginać, więc po pół godzinnym zapisie wysyłają mnie do domu, mówiąc, że pewnie dziecko już duże i nie ma gdzie szaleć.

W domu młody trochę kopie, a ja się uspokajam.

Mijają 3 dni i znów młodego nie czuję, tym razem jedzie ze mną syn, żeby mi było raźniej.

Znów ktg, słychać bicie serca, więc odsyłają mnie do domu, choć mówią, że jakbym została, to może za kilka dni zrobili by mi usg.

Za kilka dni to ja mam wizytę u mojego lekarza.

8 października robię badania kontrolne w diagnostyce i tak mówię, że od 18ej nie czułam ruchów dziecka.

Pani pobierająca krew, która pracuje w szpitalu jako położna, mówi, żebym podjechała do przychodni na ktg, bo to już za długo.

U mnie w przychodni tego dnia nie ma położnej, ani jakiegokolwiek ginekologa.

Jadę tam, gdzie mój gin przyjmuje prywatnie, ale Pani w rejestracji mówi, że jeżeli nie ma żadnego lekarza, nie może podłączyć ktg.

Dzwonię do gina, podpowiada mi, żeby podejść do przychodni przyszpitalnej, gdzie powinni mi zrobić ktg.

Położne niestety już wyszły na rejony, dostaję numer telefonu, ale czuję niepokój, więc dzwonię.

Po całym wywiadzie, podaniu mnóstwa danych Pani oznajmia, że dziś nie da rady i możemy się umówić na jutro na 9ta.

Proszę ją, że się martwię, że to ciąża zagrożona... 


sobota, 27 lutego 2021

Połowa ciąży


17.07. 2018
Test obciążenia glukozą... 
Pamiętam, jak przy pierwszej ciąży nikt mi nie powiedział, jak się przygotować. Wyniki mi źle wyszły i musiałam powtarzać badanie. 
Teraz poszłam z samego rana do Diagnostyki, przede mną jedna Pani w ciąży i siedziała starsza Pani o lasce. 
Kiedy Pani z rejestracji poprosiła aby podejść, starsza Pani podstawiła laskę tej Pani w ciąży, krzycząc, że ona była pierwsza. 
Pielęgniarka z rejestracji ledwo złapała Panią w ciąży za rękę i uchroniła przed upadkiem. 
Starsza Pani usłyszała, że my musimy potem 2 godziny siedzieć więc mamy pierwszeństwo. 
Co było inne, niż w poprzednich ciążach? 
To, że najpierw Pani zbadała poziom glukozy glukometrem. 
Wytłumaczyła mi, że gdyby był za wysoki, nie mogłabym mieć tego badania. 
Kiedyś nikt tego nie mierzył i tym się nie przejmował. 
Pobrali mi krew, podali szklankę z glukozą i kazali wypić przez najbliższe 5 minut. 
Z 5 razy mi podchodziło do gardła, ale jakoś przełknęłam. 
Siadłam i zaczęłam czytać książkę, młody na początku szalał, a potem stopniowo coraz delikatniej się poruszał w brzuchu, aż chyba zasnął. Jakoś w miarę minęła pierwsza godzina. Pobrali znowu krew i znów usiadłam, głowa sama mi zaczęła lecieć. Próbowałam czytać, ale książka mi wypadała z rąk, a ja przysypiałam na siedząco. 
Bolał mnie kręgosłup i biodra i ledwo mogłam wytrzymać. 
W końcu minęły 2 godziny, Pani pobrała mi ostatni raz krew i pojechałam do domu. 
Gdzie zjadłam cokolwiek i spałam bite 4 godziny!! 
18 lipca, nasza rocznica, w sumie dobrze, że choć troszkę mogę chodzić. Nie robimy żadnej imprezy, grilla, bo nie ma jak.
Nie udało się zamówić Mszy dziękczynnej, bo wolny termin był dopiero na koniec sierpnia.
Choć cieszę się i jestem wdzięczna za każdy dzień ciąży, to zaczynam też się denerwować tym ciągłym leżeniem.
Znam każdą ryskę na suficie i ścianie, każdy ślad po owadach, maluch delikatnie się rusza, bardziej się rozciąga niż kopie. Za to jak się przeciąga, to aż mam górkę na brzuchu.



Dzieciaki jadą w Bieszczady, dobrze, że mogą gdzieś wyjechać, spędzić czas z rówieśnikami. 
Nie dość, że piękne widoki, to korzystają też i chodzą w góry, mają mnóstwo zajęć w ramach rekolekcji. 
Wracają zadowoleni. 
Kolejna wizyta 18.08.2018
Młody szaleje i kręci się, rośnie 1073 g i około 25 cm długości. 
Mam podejrzenie cholestazy, bo od początku sierpnia swędzi mnie skóra, po nocy budzę się podrapana, z nowymi strupami, ranami. 
Gin zleca badania wątroby i inne.
Niepokoi go też moje wysokie ciśnienie. Zwiększa mi ilość magnezu, który mam przyjmować w ciągu dnia.
30 sierpnia 2018
Msza dziękczynno-błagalna w 20 lat po ślubie, o zdrowie dla moich dzieci i szczęśliwe rozwiązanie.
Jest bardzo uroczyście, na koniec Ksiądz nas prosi o podejście do ołtarza, Błogosławi nas, podchodzi i błogosławi maleństwo w brzuchu, jestem ogromnie wzruszona, a maluszek szaleje w brzuchu.
Po Mszy robimy krótką sesję przed kościołem, choć jest 7 rano, to już robi się ciepło.
Czasem się zastanawiam, jak ja daję radę znieść te upały?
Następnego dnia mam wizytę kontrolną u gina. 
Znowu mam kosmiczne ciśnienie, gin przepisuje mi dopegyt i instruuje, że jeżeli 3 wyniki pod rząd będą wysokie zaczynam brać leki na ciśnienie 2x dziennie. 
Mówi, że grozi mi zatrucie ciążowe, a to jest bardzo niebezpieczne... 
Kiedy mówię, że kończy mi się luteina i duphaston gin mówi, żebym się nie denerwowała, ale powoli musimy schodzić z leków, bo zostało mniej niż 100 dni do porodu i musimy powoli odstawić hormony. 
Przepisuje mi luteinę, a progesteron mówi, że mam tak przeliczyć, żeby mi ostatnie 5, żebym wybrała raz dziennie. 
Umawiamy się na kolejne prenatalne 3 trymestru. 
Okropnie się stresuje tym odstawieniem leków, że zacznę mieć bóle, czy skurcze. 
Na szczęście odstawiam progesteron i nic złego się nie dzieje. 

środa, 17 lutego 2021

1 badanie prenatalne

 


18 kwietnia 2018 wizyta kontrolna u doktora M, to przede wszystkim usg, przepięknie bije serduszko 180 uderzeń/minutę. Widzę maleństwo wtulone we mnie i zalewa mnie fala miłości i wzruszenia. Gin mówi, że ma już ponad 3 cm i wszystko jest ok. Mam pozwolenie na wyjście na balkon na chwilę i krótkie siedzenie podczas jedzenia. Gin mnie informuję, że z racji, że skończyłam 35 lat przysługują mi badania prenatalne na nfz, czy chcę, aby mi wypisał skierowanie, wtedy nie będę płaciła. Gin mi tłumaczy na czym polegają te badania, co mogą wykazać, bo w poprzednich ciążach nikomu o takich badaniach się nie śniło. Mówi, że mój wiek zwiększa ryzyko różnych chorób i trzeba się wtedy zastanowić co dalej? 
-Panie doktorze, ale ja już kocham to moje dziecko, obojętnie jakie jest - mówię. 
Wybieram luxmed i zapisują mnie na początek maja.
7 maja 2018
Lekko zestresowana przekraczam próg gabinetu, na dzień dobry Pan S mówi, żebym weszła na wagę, bo jestem gruba i pyta, ile przytyłam od początku ciąży? 
Mówię, że 2kg do 12 tygodnia, słyszę, że dużo za dużo?! Następnie pada pytanie : zgadza się Pani na amniopunkcję? 
Mówię, że nawet Pan jeszcze nie zrobił badania, a już proponuję amniopunkcję? Nie zgadzam się. 
Robi mi badanie z pół godziny, dociska tak brzuch, że mam wrażenie jakby chciał wycisnąć to dziecko przez gardło. Mówię mu, że to boli, ale nie jest przez to delikatniejszy. Robi wszystkie pomiary, a nosa chyba z 10 zdjęć, puszcza bicie serca i niby ok, ale jeszcze chce zrobić usg dopochwowe, bo niby przez moją wagę nie może wiele zobaczyć. Dziobie tą głowicą, aż zwijam się z bólu, jak widzi, że mam dość kończy badanie nic nie mówiąc poza tym, że dziecko ma prawie 7cm i żebym przeszła na pobranie krwi. 
Całą drogę powrotną zwijam się z bólu, po powrocie idę do łazienki, krwawię i zaczynam ryczeć.
Dzwonię do gina, dostaje znów bezwzględny nakaz leżenia i mam przyjechać za 2 dni do kontroli, a w razie "w "mam jechać na pogotowie.

9 maja 2018
Czuję się, jakby minęło 2 tygodnie, a nie 2 dni. Siedzę przed gabinetem i zastanawiam się czy z maluszkiem wszystko ok? Czy bije serduszko?
Gin od razu robi mi usg przez brzuch i pyta, co to za siniaki mam?
Wtedy mówię, że pewnie tamten ginekolog mi zrobił.
Doktor M jest zszokowany, próbuje mnie uspokoić mówiąc : sprawdzimy, co u maluszka?
Na szczęście serduszko bije, gin sprawdza wszystkie parametry i pokazuje mi jakieś plamy na ekranie.
Dowiaduję się, że ten lekarz z  luxmedu wygniótł mi 2 krwiaki, potem mnie bada i mówi, że szyjka wygląda jak zmasakrowana.
Co ten lekarz Pani zrobił?
Raczej stwierdza niż pyta, dostaje maści, tabletki i rutynę.
Mam zakaz wstawania poza wyjściem do łazienki i kolejną wizytę wyznacza za 2 tygodnie.
23 maja 2018
Jeden krwiak się wchłonął, plamienie ustało, a ja dowiaduję się, że noszę pod sercem chłopczyka.
Mojego synka, Mateuszka wymarzonego.
Gin nawet robi fotę dla J z podpisem "jestem chłopcem" :)
Kiedy wsiadam do auta i mówię J, że będziemy mieli synka mówi : wiedziałem.
Myślałam, że bardziej się ucieszy.
6 czerwca kolejna wizyta, powoli wszystko wraca do normy, mogę sobie trochę siedzieć w domu i dreptać na krótki spacer. 
Gin pyta, czy dać mi skierowanie na kolejne prenatalne? 
Mówię, że nie zamierzam jechać do tego sadysty, chcę aby mój gin wykonał to badanie. 
Ma odpowiednie uprawnienia, tylko nie przyjmuje na nfz. 
 Ogólnie nie bardzo mam chęć na spacery, ciągle mam w sobie ten lęk, że zaraz coś się stanie.
Tym bardziej, że zbliża się 17 czerwca, dzień, w którym straciłam poprzednią ciążę.
Starsza córka wyjeżdża na wycieczkę szkolną, trochę zabijam głowę innymi rzeczami.
Często rozmawiam z dziećmi i pytają : kiedy zacznę coś kupować dla dziecka?
A ja się boję, bo tamtym razem od razu kupiłam piżamki, body itd.
Najpierw obserwuję i podczytuję forum listopadowe 2018, w końcu odważam się i piszę.
Jakoś jak piszę, to aż tak się nie stresuje.
Dziewczyny są spoko, choć każda ma swoją historię i doświadczenie. 


sobota, 13 lutego 2021

Pierwsze tygodnie

 

14 marca 2018 czekam przed gabinetem, bo jest opóźnienie. Czuję się trochę dziwnie, bo J nie mógł ze mną być pojechał do pracy, a do lekarza przywiózł mnie syn. Wreszcie nadchodzi moja kolej, gin od razu zaprasza na badanie usg.

Kładę się i boję tego, co usłyszę. Rozpoczyna się badanie, a ja zaciskam ręce na leżance i zamykam oczy. Doktor M mówi, że jest pęcherzyk ciążowy (a ja tylko modlę się, oby nie powiedział, że jest puste jajo).

Gin próbuje mnie uspokoić, że to wczesna ciąża i jest jajo płodowe i widać ciałko żółte i zarys zarodka.

Chce , żebym sama zobaczyła, ale ja nie chcę.

Mówię, że zobaczę dopiero, kiedy będzie dobrze widać dzidziusia.

Zleca mi całą masę badań, proponuję, żebym przyszła z wynikami za 2 tygodnie, mam się oszczędzać, dostaje luteinę.

Jedziemy prosto do apteki, syn idzie ze mną, kupuję też sobie syrop na gardło dla kobiet w ciąży.

Więc pod domem mówię synkowi, że jestem w ciąży.

Na początku zastanawiałam się, czy powiedzieć dzieciom o ciąży , po tym, co ostatnio przeszliśmy wszyscy?

ale po powrocie do domu powiedziałam też dziewczynom.

19 marca od rana źle się czuję, brzuch mnie okropnie boli i obawiam się o maluszka. 

W pracy jestem z nową Panią kierownik, staram się oszczędzać, ale jest tyle pracy, że moment mija czas do 12ej,kiedy idę na przerwę. 

W łazience zauważam, że zaczęłam plamić , aż mi się słabo robi i myślę sobie : znów się zaczyna... 

Dzwonię do gina, który mówi, że jeżeli by się pogorszyło to natychmiast mam jechać na szpital. 

A teraz mam się zwolnić z pracy, jechać do domu i leżeć, mówi, żebym zaczęła brać magnez i nospe i zapisuje mnie na najbliższą wizytę za 2 dni. 

Idę do Pani kierownik nie pewna, jak zareaguje, ale życie tego maluszka jest ważniejsze. 

Mówię szczerze, że jestem w początkach ciąży, poprzednią poroniłam, a teraz zaczęłam plamić i konsultowałam się z ginekologiem i kazał mi leżeć w domu do wizyty. 

Pani Kierownik tylko zapytała, czy ktoś po mnie przyjedzie? Bo jak nie, to jak tylko przyjdzie druga Pani do pracy, to Ona mnie zawiezie do domu, bo nie chce mnie mieć na sumieniu. 

Zadzwoniłam do J i przyjechał po mnie...

 

Te 2 dni do wizyty u gina dłużyły mi się okropnie, a każde wyjście do wc to ogromny stres. 

W końcu pojechaliśmy do gina, sprawdził, że ciąża jest i się rozwija, zerknęłam jednym okiem na dosłownie milimetrowy punkcik, moje dziecko. Dowiedziałam się też, że jest  krwiak (pewnie stąd to plamienie), przepisał mi dodatkowo duphaston i dostałam zwolnienie i bezwzględny nakaz ciągłego leżenia, jedynie mogę pójść do wc i łazienki, a tak to muszę leżeć. 

Musimy wszystko przeorganizować w domu, bo do tej pory ja prałam, sprzątałam, gotowałam, robiłam zakupy, a teraz muszę się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Mogę co najwyżej dawać wskazówki, czy robić listę zakupów. 

28 marca kolejna wizyta, na którą przyniosłam wyniki. 

Ogólnie ok, ale gin się za głowę łapie przy wyniku tsh 3,67! 

Słyszę zdanie, które później dźwięczy mi w uszach przez cały czas oczekiwania " to cud, że przy takim tsh zaszła Pani w ciążę". 

Dostaję euthyrox 50tke i mam przyjść na kolejną wizytę za tydzień. 

Czas mi mija głównie na spaniu, czytaniu książki i rozmowach z dziećmi. 

4 kwietnia 

Kolejna wizyta, tym razem zanim zdążę cokolwiek powiedzieć słyszę mocne i rytmiczne bicie serca. 

Patrzę na ekran, a tam maluszek sobie fika i serduszko mu pięknie pika. 

Za chwilę gin mnie pyta, czy wszystko ok? 

Zdziwiona zauważam, że łzy mi lecą, mówię, że wszystko w porządku, tylko to takie wspaniałe uczucie zobaczyć swoje maleństwo. 

Doktor zakłada mi kartę ciąży, waży, mierzy ciśnienie, bada piersi (po raz 3 w życiu mam badane przez lekarza i 1 raz w ciąży). 

Dostaje kolejne zlecenia i kontrola za 2 tygodnie. 

Najtrudniej jest leżeć i czekać na kolejną wizytę. 

Nie byłam zawodowym sportowcem, ale lubiłam długie spacery, jazdę na rowerze, zumbowanie, basen, a tu muszę leżeć. Choć wiem, że to dla dobra dziecka, to muszę znaleźć sobie zajęcie, żeby tyle nie myśleć. 


czwartek, 11 lutego 2021

Problemy zdrowotne i niespodzianka urodzinowa

 Listopad 2017



Kolejny telefon w sprawie cytologii każe mi się stawić natychmiast u gina.

Pojedyncze komórki zmienione, siedzę i nie wierzę własnym uszom.

Przecież badam się regularnie?

Jak to jest możliwe?

Myśli kłębią się w głowie, w końcu pytam, co dalej?

Gin proponuje że da mi skierowanie do szpitala, gdzie w znieczuleniu pobierze wycinki i wtedy zobaczymy.

Ogromny stres, lęk, zaczynam się zastanawiać, jak J sobie poradzi? Czy zapisać mu to, co dla mnie najważniejsze? Co ja powiem dzieciom? 

Mam się stawić w szpitalu 1 grudnia na czczo.

Przyjeżdżam i muszę czekać, siedzę na korytarzu.

Podchodzi do mnie ordynator (ten od głupich żartów) i pyta w czym może pomóc?

Mówię, że czekam na doktora M, więc odchodzi.

W końcu z gabinetu wychodzi doktor M, mówi, żebym się przebrała, daje wytyczne Pani pielęgniarce.

Przychodzimy do sali zabiegowej, kiedy się kładę podaje mi znieczulenie i za chwilę mi lata cała sala, w górę i w dół jak na huśtawce, tylko w przyspieszonej wersji.

Zaczyna się zabieg, niestety wszystko czuję, boli jak ch.. a zaciskam zęby, ale łzy same lecą.

Doktor pobiera 3 wycinki i mówi, że profilaktycznie wszystko oczyści.

Wreszcie koniec, sala nadal huśta się w zawrotnym tempie, a Pani mówi do mnie, żebym się ubrała i przyjdziemy na salę.

Przy pierwszej próbie przewracam się.

Pomaga mi usiąść na stołku i ubrać piżamę.

Nie wiem, co mi odbiło, żeby na zabieg ginekologiczny zakładać piżamę?! 🤦‍♀️

Pani bierze mnie pod rękę i transportuje do sali.

Kładę się chwilę na łóżku, chyba wreszcie leki zaczęły działać, bo przestało boleć. 

Budzi mnie ktoś, to Pani pielęgniarka, okazało się, że mogę już iść do domu, a minęły ponad 3 godziny. 

Po 3 tygodniach wynik histo pojedyncze komórki zmienione w szyjce. 

Gin mówi, żebym przyszła na wizytę to omówimy. 

Proponuje kontrolną cytologię, bo wg niego nawet jeżeli coś było, to on to usunął...

 4 marca 2018 roku



Moje 40 urodziny, dostałam wymarzony adapter i płytę Bon Jovi, radocha na maksa.

Jeszcze kwiaty i biżuterię i ogólnie udany dzień, wszyscy śpiewają : sto lat.

Wypijam łyk ulubionego szampana i jakoś tak mi dziwnie.

Piję herbatę, jest ok, biorę znów szampana i nie smakuje mi.

W końcu J pyta, dlaczego nie wypiłam, więc mówię mu: chyba jest zepsuty, jakiś taki kwaśny.

J próbuje i mówi, że dobry, taki jak zawsze.

W głowie zaczyna mi kołatać myśl, że może to pierwszy objaw?

Zaraz jednak przychodzą wątpliwości, bo przecież ostatnio staraliśmy się rok.

Urodziny są udane, ale zmęczona jestem.

Rano robię jednak test, bardzo blada druga kreska,taka, z których się śmieją na forum.

Jadę do pracy, ale kupuję kolejne testy.

6 ego, czyli w dzień spodziewanej @ robię test i 1 kreska...

Smutek mnie ogarnia, wieczorem znów wycina mnie zmęczenie.

Nadal nie mam okresu, więc robię kolejny test 2 kreski od razu się pojawiają.

Kolejne 2 testy też pokazują 2 kreski.

Jestem zachwycona i przerażona, oby tylko się nie skończyło, jak ostatnio.

Dzwonię do gina i umawiam się na 14ego na wizytę.

Nie wiem, jak J powiedzieć?  Jak On zareaguje?

W końcu 11ego mu mówię, żeby mnie następnego dnia zawiózł do diagnostyki na betę.

On w szoku i pyta czy robiłam test?

-tak, wykazał ciążę

-to zrób drugi dla pewności

-zrobiłam 5 i poza jednym wszystkie wskazują ciążę.

Przytula mnie i mówi : będzie dobrze.

Nie wiem, czy próbuje uspokoić mnie, czy siebie.

Jedziemy na betę, po kilku godzinach wynik ponad 800 



W pracy nie mogę się skupić, ciągle myślę o tym, że jak przyjdzie mi robić leki robione, to niektóre substancje nie są wskazane w ciąży, ale nic nie mówię.

Dwa dni później powtarzamy betę, tym razem wynik ponad dwukrotnie wyższy.



Jestem w szoku, w końcu jedziemy do gina, całą drogę martwię się, czy wszystko ok i obym nie usłyszała, że jest puste jajo...


sobota, 30 stycznia 2021

Pierwszy Dzień Dziecka utraconego

 Wrzesień 2017

Wracam do dr M, który wreszcie może pobrać cytologię.

Rozmawiamy o kolejnej ciąży, mówi, że podejmie się prowadzenia, ale najpierw muszę być całkowicie zdrowa i przydałoby się poznać przyczynę krwotoków.

Po 2 tygodniach mam telefon, żeby jak najszybciej przyjechać.

Mam wynik niejednoznaczny, gin robi cytologię płynną, która podobno jest dokładniejszą metodą.

Mimo tego, że mam cierpliwie na spokojnie czekać na wynik lęk i stres biorą górę. 

W ostatni weekend mamy Warsztaty Gospel, tym razem spotkania jak i koncert finałowy odbywają się w kościele. 

3 dni odpoczynku od pracy, myślenia ciągle o wynikach, a przy tym spędzonych z całą moją trójką wspaniałych dzieci. 

Uczymy się pieśni religijnych po polsku i angielsku, modlimy się, wygłupiamy i na koniec Warsztatów, 3 dnia koncert po Mszy Świętej. 



Październik 

Hematolog mówi, że jest lekka poprawa, ale nadal leki muszę brać. Zmienia mi żelazo na takie w słoiczkach i czuję się jak Bella w ostatniej części Zmierzchu pijąca krew. 



15 października Dzień Dziecka Utraconego

Znalazłam w necie informację, że tego dnia w pobliskim Lublinie organizowana jest Msza dla rodzin dzieci utraconych.

Jedziemy, Kościół jest pełen ludzi, na początku Państwo, którzy organizują spotkania dla takich rodzin mówią , żeby wpisać imię Dziecka Utraconego i datę, kiedy narodziło się dla nieba.

Ksiądz jest bardzo empatyczny, nam wszystkim bardzo było potrzebne takie duchowe doznanie.

Po Mszy można kupić książki o tematyce straty, jest też organizowane spotkanie z innymi rodzicami, ale nie jesteśmy na to gotowi.

To takie nasze pożegnanie. Podczas kolejnej Mszy zbiorowej Ksiądz czyta : Michał syn Mai i Jacka...

Przynajmniej w ten sposób mogliśmy Go pożegnać.

Bardzo nam było ciężko, że nie mogliśmy Go pochować, zapalić mu lampki. 

Uczcić, że był choć tylko 49 dni. Można powiedzieć, że tylko 7 tygodni, a zdążyliśmy Go pokochać, snuć marzenia o wspólnej przyszłości i za nim zatęsknić. 

Sporo pisałam na forum o poronieniach. 

Napisałam wiersz dla maluszka :

Nosiłam Cię 49 dni 

Każdy z nich był wyjątkowy 

Mówiłam Ci co dzień, jak piękny świat jest

O tym, że liczy się każdy drobny gest

O ludziach, których spotykam 

O tym, jak gra muzyka 

Jak bardzo wszyscy Cię kochają 

Jak mocno na Ciebie czekają 

Tak bardzo bym chciała zobaczyć Cię 

Pocałować w nosek mówiąc :kocham Cię 

Zastanawiam się, jaki byś był 

Gdybyś z nami tutaj pozostał i żył 

Snułam z Tobą marzenia 

Zostały tylko wspomnienia 


Po tej Mszy zaczęło nam się żyć troszkę lżej. 

A dlaczego właśnie w styczniu zaczęłam o Nim pisać? 

Dlatego, że właśnie na 30 stycznia 2018 miałam termin. 

niedziela, 24 stycznia 2021

Życie po stracie

 

26. 06.2017 wracam do pracy, choć osłabiona i wypalona pojawiam się w pracy.

Kiedy podchodzę do współpracowników milkną rozmowy i nastaje krępująca cisza.

Czuję się jak przysłowiowe zgniłe jajo, jak robot przyjmuje towar, odbieram telefony, doradzam i niby wszystko ok.

I tylko łzy, które mi płyną, kiedy pojawiają się z świeżo urodzonymi dziećmi zdradzają mój stan.

Wtedy Kierowniczka mnie wygania na zaplecze, żebym się ogarnęła.

Z J nie rozmawiamy, ja bardzo bym chciała wyrzucić to wszystko z siebie, a On nie chce rozpamiętywać.

Mówi, że skoro lekarka powiedziała, że to puste jajo, nie było dziecka, to nad czym ja rozpaczam.

W domu snuję się jak cień, niby jestem obecna, dzieci coś do mnie mówią, ale niewiele dociera.

Idę do kontroli do tego niemiłego gina, bo zapisałam się pół roku wcześniej na wizytę nfz.

Mówi mi, że on mnie ostrzegał, że nie donoszę tej ciąży i każda następna skończy się tak samo.

Pytam, czy mimo wszystko jakby mi się udało zgodzi się prowadzić ciążę.

Odpowiedź brzmi :nie.

Szukam innego lekarza, na nfz zapisali mnie w mojej przychodni do jakiejś Pani, nawet szybko.

Wchodzę i szok, to ta Baba która wykonywała zabieg.

Wracają do mnie wspomnienia, chcę wyjść, duszno mi.

Osuwam się na krzesło i ciężko oddycham.

Baba się przejmuje i mierzy mi ciśnienie, daje mi wody.

Mówię jej, czy są jakieś przeciwskazania, żebyśmy się starali znów.

Mówi, że musimy odczekać 3 mce, bo inaczej znowu poronię.

Wychodzę załamana.

Mija 4 tygodnie od zabiegu, jadę do szpitala po wynik histo. 

Jakieś teksty po łacinie, z których niewiele rozumiem. 

Pojawia się ten młody lekarz, dr M i zaczyna mi tłumaczyć, że jednak było dzieciątko, tylko się przestało rozwijać i zostało wchłonięte. W badaniu wyszły szczątki płodu. W 98% przypadków puste jajo oznacza ciążę bezzarodkową, ale w moim przypadku zarodek był... 

J jest w szoku i dopiero teraz do niego w pełni dociera, że straciliśmy dziecko. 

Zaczyna pytać : dlaczego? Co było przyczyną? Czy można było temu zapobiec? 

Czy to dlatego, że jesteśmy przed 40 tką? 

Nie znam odpowiedzi na te pytania, przytłacza mnie to...


Próbujemy normalnie żyć, choć są chwile , kiedy całą naszą rodzinę przytłacza ta sytuacja.

W lipcu jedziemy do Częstochowy, to bardzo potrzebny nam czas.

Matka Boża przytula mnie do serca, ona wie, co ja czuję, rozumie.

Za kolejny tydzień jedziemy do Krakowa. 

Po raz pierwszy w życiu spacerujemy po urokliwych uliczkach, zwiedzamy Wawel i jedziemy do Łagiewnik.

Zarówno na Jasnej Górze, jak i w Łagiewnikach czuję się jak w domu i odzyskuję choć na chwilę spokój i równowagę.

To był potrzebny nam czas spędzony całą rodzinką.

Środek lipca, dostaję krwotoku, męczę się 2 dni, w końcu udaje mi się znaleźć namiar na tego młodego lekarza.

Jadę prywatnie, dr M zaprasza mnie na usg, czuję się skrępowana, ale szybko mnie uspokaja, że to Jego praca, a On musi sprawdzić, czy coś się dzieje, czy coś nie zostało itd.

Niby wszystko ok, ale sam widzi, że nie jest dobrze.

Daje mi 2 leki na zatamowanie krwawienia i mówi, że jeżeli mi nie przejdzie w ciągu 1-2 dni mam jechać do szpitala.

Na szczęście leki zaczynają działać.

Robię też badania, które mi zlecił i zapisuję się na kolejną wizytę.

Nie podobają mu się moje wyniki, daje mi skierowanie do Hematologa w Centrum Onkologii Ziemii Lubelskiej.

Czekam na termin w sierpniu i znowu dostaje krwotoku, tym razem od razu biorę leki od gina i szybciej wracam do normy.

Niestety moje wyniki nie są brane pod uwagę Profesor zleca mi badania, abym u nich zrobiła.

Czekamy na wyniki,na korytarzu widzę ludzi po chemii, cierpiących, wychudzonych, bez włosów.

Po 2 godzinach mnie wołają, Profesor zleca mi mnóstwo leków, kontrola za miesiąc. Jeżeli nie będzie poprawy mam się nastawić na transfuzję krwi.

Pyta mnie, czy w rodzinie były przypadki białaczki?

Zanim się zastanowię, odpowiadam, że dziadek zmarł na białaczkę. 

Nie stawia diagnozy, a pomimo to całą powrotną drogę analizuję i zaczynam się stresować...


czwartek, 21 stycznia 2021

Trudne chwile


 12.06.2017
W Diagnostyce robię Betę, już po kilku godzinach wynik.
Beta 10800, nie wiem, czy to dobry przyrost?
Ból brzucha i plamienia nadal.
15.06.2017
Boże Ciało
Jedziemy do Grodzisk Żmijowiska, ja bardzo lubię takie naturalne "muzea" dawne grody, wczesne średniowiecze i te sprawy.
Wieczorem dostaje krwotoku, jedziemy do szpitala.
Ze względu na remont 3 oddziały w 1 miejscu są, ale w oddzielnym skrzydle szpitala jest izba przyjęć.
Pielęgniarka karze mi usiąść i zaczekać, a J idzie na Izbę po karteczkę, bo bez niej mnie nie przyjmą.
Zjawia się J i czekamy na lekarza, w końcu Pani doktor mnie woła na usg.
Robi badanie i mówi : nic tutaj nie widzę. 
Czy Pani na pewno jest w ciąży?
Pokazuję jej wyniki bety, na co ona mówi : niech Pani przyjedzie rano, zrobimy nasze badania, usg jeszcze, bo w nocy i tak nic nie zrobimy, a leżeć to może Pani w domu.
Proszę jakiś magnez wziąć i nospe i się wyspać.
Oczywiście całą noc nie śpię, leżę i się stresuję.
Rano zanim pojedziemy do szpitala robię kolejną betę.
Przyjmują mnie do szpitala i każą leżeć i się oszczędzać.
Jest 1 Pani w 5 mcu ciąży na potrzymaniu, leży, bo miała szew na szyjce.
Jedna czeka na wyniki wycinku, a kolejna wychodzi po 12ej.
Jak się okazuje poroniła, Panie mi opowiadają.
Robią mi kolejne badania, przychodzi J a ja płaczę, bo nie wiem, czy w końcu jestem w ciąży, czy nie jestem.
Podczas wieczornego obchodu ordynator mówi do mnie : tabletki chce Pani teraz, czy jutro?
Niech Pani da znać, jaka decyzja?
Nie rozumiem, co on do mnie mówi?
Idę do pielęgniarek, Pani mi mówi, że bardzo jej przykro, ale Beta nie rośnie. Ciąża się nie rozwija, to tabletki, aby organizm się oczyścił...
Wracam na łóżko na miękkich nogach i ryczę w poduszkę.
Panie są bardzo wyrozumiałe i rozmawiamy, sama nie wiem, co zrobić.
Przywożą ciężarną w 7 mcu z kolką nerkową, kroplówki ktg i chcąc nie chcąc słucham bicia serca innego dziecka w brzuchu... 
Jednak decyduje się na noc, żeby działać, bo może samo się oczyści.

wtorek, 19 stycznia 2021

Starania i wizyta u ginekologa

 


Kwiecień 2017
Idę na EDK Ekstremalna Droga Krzyżowa, rozpoczyna się wieczorną Mszą Świętą, a potem bierzemy mapy, rozważania, latarki i w drogę w ciszy.
42 km od 21ej do 6 rano idziemy przez lasy i miasteczka.
Rano docieram do Sanktuarium i modlę się.
Przyjeżdża po mnie J, po drodze rozmawiamy i podejmujemy decyzję, że to ostatni miesiąc starań.
Za dużo nas to kosztuje nerwów i rozczarowania.
W końcu już minął rok, odkąd się staramy i tylko człowiek doznaje rozczarowania co miesiąc.
Maj 2017
Okres mi się spóźnia?
Pewnie podświadomość działa, ale przecież jak tyle czasu się staraliśmy i nic nie było z tego, to teraz raptem się udało.
Nie wierzę w to. Choć piersi jakby bolą, a może tylko sobie wmawiam. 
Tydzień później nadal nic, może lepiej zrobię test, bo pójdę do ginekologa, a on mnie wyśmieje.
Robię test i od razu 2 kreski...
Nie wiem czy się śmiać , czy płakać.
Może dla pewności zrobię drugi, 2 kreski.
Mówię J, On też nie może uwierzyć.
Umawiam wizytę na czerwiec i postanawiam zrobić betę.
Idę do najbliższego labo, ale Pani mówi, że u nich wynik będzie po 2 dniach.
Ok, nie spieszy mi się, bo dopiero za 10 dni mam wizytę.
Po 2 dniach beta 991 cieszę się jak wariatka, J też.
Zaczynamy planować, co należy w domu zmienić i w naszym życiu.
Po kilku dniach zaczynają męczyć mnie bóle brzucha i lekkie plamienia, myślę, że to z przemęczenia. 
9. 06.2017
Wizyta, gin po obejrzeniu bety zaprasza na usg.
Patrzę na ekran i widzę ciemność, dopiero po chwili gin mówi, że jest pęcherzyk płodowy, ale za wczesna ciąża, żeby coś więcej zobaczyć, żebym przyszła za 2-3 tygodnie.
Mówię mu, żeby mi dał jakieś leki na to plamienie, na co on, że tak małej ciąży się nie wspomaga to dopiero 5 tydzień.
Poza tym mam krwiaka większego od pęcherzyka i pewnie stąd plamienie.
Na koniec słyszę :gratuluję ciąży, choć nie wróżę nic dobrego, bo przecież mówiłem że Pani jest za stara. Mówi, żebym powtórzyła betę wręcza mi fotę pęcherzyka i tyle. 

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Nasze starania

 Postanowiłam w ramach terapii napisać naszą historię.

Wyrzucę z siebie część emocji, a może i komuś też to pomoże? 


Kwiecień 2016

Rozmawiamy i rozmawiamy i jak pisał Boy Żeleński  : z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz.

Dzieci rosną, są coraz starsze, a i my zbliżamy się do 40tki.

Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę, ale od pewnego czasu staliśmy się wygodni.

Mnie się włączył instynkt macierzyński po raz kolejny, a J twierdzi, że chyba jesteśmy za starzy.

Poza tym jemu się nie chce wstawać, przebierać itd. Choć uwielbia małe bobasy...

Podchodzimy na luzie, nie ma co się spinać, ale może lepiej pójdę do ginekologa i zobaczymy, co powie?

Po wizycie

Ech...

Co mam napisać?

Zrobił mi cytologię, dał skierowane na usg piersi, a na moje pytanie o to, czy są jakieś ginekologiczne p/wskazania abym zaszła w ciążę usłyszałam, że jestem za stara i prawdopodobnie już się nie uda.

Ilość komórek jajowych się zmniejsza i mogą być uszkodzone,  a i mąż nie najmlodszy jest...

Zdołowałam się trochę.

Chodzę do tego lekarza 10 lat, ale przykro mi, że tak mi na gadał. 

Maj 2016

Wyniki są ok, a ciąży nie ma...

Może faktycznie ginekolog ma rację?!

Czerwiec 2016

Bez zmian, zastanawiam się czy nie zrobić jakiś innych badań?

Lipiec 2016

nadal nic, dobrze, że są wakacje, to zajmę czymś głowę.

Wrzesień 2016

Zrobiłam wszystkie możliwe badania krwi i wszystko w normie, a ciąży jak nie było tak nie ma.

Idę na 27km pielgrzymkę, tak tak, jak trwoga to do Boga. W końcu to specjalista od rzeczy niemożliwych...

To niesamowite przeżycie, mnóstwo modlitwy, śpiewu i pozytywne zmęczenie.

Święta 2016

Spełnienia marzeń słyszę.

Mam takie jedno marzenie, ale nie mówię tego głośno, żeby się spełniło.

Szczerze, to myślałam, że tak jak przy tamtych dzieciach, tylko pomyślimy o powiększeniu rodziny, a ja zajdę w ciążę, a minęło tyle miesięcy i nic.

Styczeń, luty, marzec mijają, a ja tracę już nadzieję i nie wiem, czy jest sens się starać.

Słyszę o modlitwie nie do odparcia - Nowennie Pompejańskiej i zaczynam odmawiać...


niedziela, 27 grudnia 2020

Wspomnienia moich Świąt z dzieciństwa

 

W Boże Narodzenie włączyłam tv, patrzę i oczom nie wierzę.

Zaczął się "Potop", byłam w szoku i miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie.

Kiedy byłam mała, to właśnie "Potop" czy "Sami Swoi" lecieli w tv na Święta. Nie było słodkich, Świątecznych, romantycznych komedii.

Wspomnienia powróciły, a czym pachniały tamte Święta?

Pachniały świeżo maglowaną pościelą i pomarańczami, na które człowiek czekał cały rok.

Jak byłam mała to nie wiedziałam skąd się bierze ta pięknie pachnącą pościel, kiedy byłam starsza, sama nosiłam pościel do magla.

Wiecie, że przez wiele lat Wigilia była dla mnie najgorszym dniem w roku?

Rodzice nie chodzili ze mną do kościoła, nie tłumaczyli i nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi.

W dodatku zawsze w Wigilię Mama piekła mięsa, które wspaniale pachniały, a których nie można było spróbować.

Zastanawiałam się, dlaczego nie może upiec dzień wcześniej, tylko tego dnia, kiedy się pości?

Bardzo lubiłam to zamieszanie, kiedy siadaliśmy wszyscy razem do stołu, choć niewiele jadłam, bo barszczyk... Ok wyjadałam uszka, potem był karp, który miał kilo ości i śmierdział mułem, więc z reguły go dzióbałam z chlebem, no i zwieńczenie - kompot z suszu 🤮

Jedyny kompot z suszu który mi smakował, to ten ugotowany kilka lat temu przez moją siostrę.

Dlatego ja gotuję normalny barszcz czerwony, bez goździków, ostrego pieprzu i innych. Były u nas na Wigilii pierogi ruskie, kopytka z sosem pieczarkowym, kluski z sosem pieczarkowym, ziemniaki z cebulką, ryba po grecku, filety  , paluszki rybne, a nawet kluski ze szpinakiem i mozzarellą. 

Dla każdego coś dobrego, bo uważam, że postne dania mogą być smaczne.

Pod choinkę nigdy nie dostawałam nic, dopiero jak założyłam własną rodzinę pojawiły się prezenty pod choinką, a na Mikołaja starałam się kupić dzieciom, jakąś rzecz, o której marzą i słodycze.

Ja na Mikołaja dostawałam często prezent wspólny z bratem, nic o czym marzyłam, a marzyłam zawsze o lalce.

Miałam 3 takie zwykłe, ale chciałam taka dużą lalę z długimi włosami.

Co prawda była taka lala w domu, mojej siostry, którą mogłam pogłaskać i posadzić, ale nie mogłam się nią bawić, aby nie zniszczyć.

Mama raz w miesiącu myła tej lalce włosy i ubranko, a ja mogłam się temu przyglądać i tyle z mojej zabawy.

Natomiast w przedszkolu na Mikołaja dostawałam słodycze i czasem pomarańcze.

Dlatego jak dostałam kiedyś dolary od mojej Babci, za które mogłam kupić naprawdę wiele rzeczy w Pewexie, to ja kupiłam lalkę Barbie na balu.

Przed świętami u nas nie było jakiś szczególnych przygotowań, jak byłam starsza to miałam obowiązek sprzątania.

Czasem jechaliśmy do Babci do Lublina pociągiem i przywoziliśmy od niej uszka, pierogi ruskie i na słodko.

Jak byłam starsza to od czasu do czasu przyjeżdżała do nas Babcia i wtedy wspólnie lepiłyśmy pierogi.

Choinka zawsze była sztuczna, ubierana przez moją Mamę (nie wspólnie) bo coś poplącze, zbiję itd.

Kiedy była ubrana kładłam się pod choinką i zachwycona patrzyłam, że jest taka wielka aż do sufitu.

Kilka lat później okazało się, że ta choinka nie jest taka duża, jak mi się wydawało i wcale nie dotykała do sufitu.

A Wy jakie macie wspomnienia z dzieciństwa? 

czwartek, 29 października 2020

Szczególny 29 października

Od 2 lat jest to dla mnie szczególny dzień.
Mamą Matiego zostałam 9ego października ale tak naprawdę się nią poczułam 29 października, kiedy zabraliśmy go do domu. 
Pamiętam, że w nocy nie mogłam spać, analizowałam wszelkie rady i wytyczne od Położnych z Oionu.
Miałam w telefonie muzykę relaksacyjną, która mu puszczały, głęboko wyryte rady o stałych porach dnia na przebranie, karmienie, podanie leków. 
Ale też pamiętałam, że Panie opowiadały jak ważny jest nasz spokój i pozytywne nastawienie. 
Przestrzegały, żeby przynajmniej na początku dziecku nie fundować za wielu bodźców, bo mieli przypadek, że rodzice przestymulowali maluszka i nie mogli uspokoić i wrócili do szpitala, bo w domu dziecko się zanosiło płaczem. 

Bałam się też, żeby nie było jakiś niepokojących objawów które by dyskwalifikowały do wyjścia. 

A najbardziej byłam przerażona tym, jak sama dam sobie radę z takim maluszkiem, zapamiętać tyle rzeczy i stosować je na co dzień. 
A co jak się zachłyśnie? 
Mieliśmy kurs na Oionie, ale teoria sobie, a nie wiadomo jak to wyjdzie w praktyce. 
A jeżeli będzie miał kłopoty z oddychaniem? 
A może trzeba kupić monitor oddechu, choć neonatolog nie zalecał? 
Oj tych pytań i leków było wiele. 
Kiedy wreszcie zapadła decyzja, że Mati wychodzi byłam zestresowana tym czy poradzę sobie z ubraniem go, umieszczeniem w foteliku, czy nie będzie płakał w aucie? 
Na szczęście Mati nic sobie z tej jazdy nie robił i spał sobie pięknie. 
Pierwszy dzień razem minął nam bardzo intensywnie, bo dużo było wytycznych i żeby wszystko wykonać trzeba było się zmobilizować. 
A już rok później tego dnia była tak piękna pogoda, że Mati szalał w samym body i spodenkach po parku. 
Koniec października, a ciepło było jak w lecie, więc spacer po parku trwał kilka godzin. 


Przez ten pierwszy rok tyle się wydarzyło, Mati tak bardzo się zmienił, urósł, choć nie przestałam się o niego martwić. 
Choć synek nauczył mnie cierpliwości, tego że wszystko jest w swoim czasie, pokazał mi, jakim jest indywidualistą i że pomimo iż jest mały, ma swoje zdanie i wybory. 
No i dzisiaj mija kolejny 29 października, od marca towarzyszy nam wirus i rzeczywistość jest trudna, co już prawie wszystko wraca do normy, to znów nas zamykają w domach, izolują. 
Dla takich małych dzieci jest to bardzo trudne, kiedy mają utrudniony kontakt z rówieśnikami, nie mogą chodzić na ulubione zajęcia, kiedy się trzeba od innych odsuwać. 
Chce zachować choć trochę normalności w jego dzieciństwie, dlatego na chwilę będziemy wychodzić z domu. 

Chciałabym aby Mati był szczęśliwy, żeby mógł chodzić na swoje ulubione zajęcia umuzykalniające, na basen, bawić się z dziećmi. 




poniedziałek, 5 października 2020

29.09.2018 włączył mi się syndrom wicia gniazda


Pamiętam, jakby to było dziś, wstałam rano i po prostu musiałam uprać i uprasować ciuszki dla Matiego.
W ogóle to z kupnem czegokolwiek dla małego zwlekałam do 7 mca ciąży, tak dużo było we mnie lęku po poprzedniej stracie.

Niektórzy mnie nie rozumieli i usłyszałam od osoby z rodziny lekką pretensje, że od razu nie powiedziałam o ciąży, tylko dopiero jak minęła jej połowa. 
Tym bardziej byłam zdziwiona, że ona też przeżyła stratę i nie rozumiała, że ja budzę się i każdego dnia zastanawiam się czy moje dziecko w brzuchu jeszcze żyje, czy mu serce bije? 

Patrząc na to jak duże dzieci rodziłam zamówiłam głównie ciuszki na 62,68.
Dosłownie pojedyncze sztuki na 56.
Gin co prawda mówił, że synek będzie drobny, ale nie przypuszczałam, że aż tak. 
Więc zabrałam się ochoczo za pranie, rozwieszanie, a córeczki pomogły mi z prasowaniem ciuszków z obu stron. 

Dla mnie została najprzyjemniejsza część, czyli składanie ciuszków i układanie ich w komodzie.
Zastanawiałam się, jak Mati będzie wyglądał w śpioszkach z wisienką, tych samych, w które ubierałam starsza trójkę? 

Kolejnego dnia odświeżyłam wózek, zaczęłam też robić sweterek na drutach, choć chciałam dotrwać do 37 tygodnia chociaż, ale zostałam mamą wcześniaka kilka tygodni wcześniej. 
To chyba organizm dawał mi znak, że już długo nie pochodzę w tej ciąży. 

Sweterka nie zdążyłam zrobić, tym bardziej, że na leżąco ciężko się robi na drutach. 
Jedynie jeszcze ogarnęłam łóżeczko, a jak już Mati był po drugiej stronie brzucha, to dopiero Jacek chodził po sklepach, szukał i kupował ciuszki na 44, choć i te były na początku na Matiego za duże. 
A w jednym sklepie zamiast mu pomóc, czy coś doradzić naciągnęła go Pani na czapeczki, takie zwykłe bawełniane po 20zl za sztukę. 
Gdybym wiedziała to, co teraz to zamówiłabym rzeczy przez internet. 
A Was dopadł syndrom gniazda? 
Czy raczej przez całą ciążę wszystko kupowałyście i szykowałyście, czekając na dzieciątko? 


 

Dzień otwarty w szkole podstawowej

 Wczoraj byliśmy na dniu otwartym w szkole podstawowej,w której Mati chciałby się uczyć. Przywitała nas wesoła kadra i słynna sówka, Mati do...