sobota, 13 lutego 2021

Pierwsze tygodnie

 

14 marca 2018 czekam przed gabinetem, bo jest opóźnienie. Czuję się trochę dziwnie, bo J nie mógł ze mną być pojechał do pracy, a do lekarza przywiózł mnie syn. Wreszcie nadchodzi moja kolej, gin od razu zaprasza na badanie usg.

Kładę się i boję tego, co usłyszę. Rozpoczyna się badanie, a ja zaciskam ręce na leżance i zamykam oczy. Doktor M mówi, że jest pęcherzyk ciążowy (a ja tylko modlę się, oby nie powiedział, że jest puste jajo).

Gin próbuje mnie uspokoić, że to wczesna ciąża i jest jajo płodowe i widać ciałko żółte i zarys zarodka.

Chce , żebym sama zobaczyła, ale ja nie chcę.

Mówię, że zobaczę dopiero, kiedy będzie dobrze widać dzidziusia.

Zleca mi całą masę badań, proponuję, żebym przyszła z wynikami za 2 tygodnie, mam się oszczędzać, dostaje luteinę.

Jedziemy prosto do apteki, syn idzie ze mną, kupuję też sobie syrop na gardło dla kobiet w ciąży.

Więc pod domem mówię synkowi, że jestem w ciąży.

Na początku zastanawiałam się, czy powiedzieć dzieciom o ciąży , po tym, co ostatnio przeszliśmy wszyscy?

ale po powrocie do domu powiedziałam też dziewczynom.

19 marca od rana źle się czuję, brzuch mnie okropnie boli i obawiam się o maluszka. 

W pracy jestem z nową Panią kierownik, staram się oszczędzać, ale jest tyle pracy, że moment mija czas do 12ej,kiedy idę na przerwę. 

W łazience zauważam, że zaczęłam plamić , aż mi się słabo robi i myślę sobie : znów się zaczyna... 

Dzwonię do gina, który mówi, że jeżeli by się pogorszyło to natychmiast mam jechać na szpital. 

A teraz mam się zwolnić z pracy, jechać do domu i leżeć, mówi, żebym zaczęła brać magnez i nospe i zapisuje mnie na najbliższą wizytę za 2 dni. 

Idę do Pani kierownik nie pewna, jak zareaguje, ale życie tego maluszka jest ważniejsze. 

Mówię szczerze, że jestem w początkach ciąży, poprzednią poroniłam, a teraz zaczęłam plamić i konsultowałam się z ginekologiem i kazał mi leżeć w domu do wizyty. 

Pani Kierownik tylko zapytała, czy ktoś po mnie przyjedzie? Bo jak nie, to jak tylko przyjdzie druga Pani do pracy, to Ona mnie zawiezie do domu, bo nie chce mnie mieć na sumieniu. 

Zadzwoniłam do J i przyjechał po mnie...

 

Te 2 dni do wizyty u gina dłużyły mi się okropnie, a każde wyjście do wc to ogromny stres. 

W końcu pojechaliśmy do gina, sprawdził, że ciąża jest i się rozwija, zerknęłam jednym okiem na dosłownie milimetrowy punkcik, moje dziecko. Dowiedziałam się też, że jest  krwiak (pewnie stąd to plamienie), przepisał mi dodatkowo duphaston i dostałam zwolnienie i bezwzględny nakaz ciągłego leżenia, jedynie mogę pójść do wc i łazienki, a tak to muszę leżeć. 

Musimy wszystko przeorganizować w domu, bo do tej pory ja prałam, sprzątałam, gotowałam, robiłam zakupy, a teraz muszę się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Mogę co najwyżej dawać wskazówki, czy robić listę zakupów. 

28 marca kolejna wizyta, na którą przyniosłam wyniki. 

Ogólnie ok, ale gin się za głowę łapie przy wyniku tsh 3,67! 

Słyszę zdanie, które później dźwięczy mi w uszach przez cały czas oczekiwania " to cud, że przy takim tsh zaszła Pani w ciążę". 

Dostaję euthyrox 50tke i mam przyjść na kolejną wizytę za tydzień. 

Czas mi mija głównie na spaniu, czytaniu książki i rozmowach z dziećmi. 

4 kwietnia 

Kolejna wizyta, tym razem zanim zdążę cokolwiek powiedzieć słyszę mocne i rytmiczne bicie serca. 

Patrzę na ekran, a tam maluszek sobie fika i serduszko mu pięknie pika. 

Za chwilę gin mnie pyta, czy wszystko ok? 

Zdziwiona zauważam, że łzy mi lecą, mówię, że wszystko w porządku, tylko to takie wspaniałe uczucie zobaczyć swoje maleństwo. 

Doktor zakłada mi kartę ciąży, waży, mierzy ciśnienie, bada piersi (po raz 3 w życiu mam badane przez lekarza i 1 raz w ciąży). 

Dostaje kolejne zlecenia i kontrola za 2 tygodnie. 

Najtrudniej jest leżeć i czekać na kolejną wizytę. 

Nie byłam zawodowym sportowcem, ale lubiłam długie spacery, jazdę na rowerze, zumbowanie, basen, a tu muszę leżeć. Choć wiem, że to dla dobra dziecka, to muszę znaleźć sobie zajęcie, żeby tyle nie myśleć. 


czwartek, 11 lutego 2021

Problemy zdrowotne i niespodzianka urodzinowa

 Listopad 2017



Kolejny telefon w sprawie cytologii każe mi się stawić natychmiast u gina.

Pojedyncze komórki zmienione, siedzę i nie wierzę własnym uszom.

Przecież badam się regularnie?

Jak to jest możliwe?

Myśli kłębią się w głowie, w końcu pytam, co dalej?

Gin proponuje że da mi skierowanie do szpitala, gdzie w znieczuleniu pobierze wycinki i wtedy zobaczymy.

Ogromny stres, lęk, zaczynam się zastanawiać, jak J sobie poradzi? Czy zapisać mu to, co dla mnie najważniejsze? Co ja powiem dzieciom? 

Mam się stawić w szpitalu 1 grudnia na czczo.

Przyjeżdżam i muszę czekać, siedzę na korytarzu.

Podchodzi do mnie ordynator (ten od głupich żartów) i pyta w czym może pomóc?

Mówię, że czekam na doktora M, więc odchodzi.

W końcu z gabinetu wychodzi doktor M, mówi, żebym się przebrała, daje wytyczne Pani pielęgniarce.

Przychodzimy do sali zabiegowej, kiedy się kładę podaje mi znieczulenie i za chwilę mi lata cała sala, w górę i w dół jak na huśtawce, tylko w przyspieszonej wersji.

Zaczyna się zabieg, niestety wszystko czuję, boli jak ch.. a zaciskam zęby, ale łzy same lecą.

Doktor pobiera 3 wycinki i mówi, że profilaktycznie wszystko oczyści.

Wreszcie koniec, sala nadal huśta się w zawrotnym tempie, a Pani mówi do mnie, żebym się ubrała i przyjdziemy na salę.

Przy pierwszej próbie przewracam się.

Pomaga mi usiąść na stołku i ubrać piżamę.

Nie wiem, co mi odbiło, żeby na zabieg ginekologiczny zakładać piżamę?! 🤦‍♀️

Pani bierze mnie pod rękę i transportuje do sali.

Kładę się chwilę na łóżku, chyba wreszcie leki zaczęły działać, bo przestało boleć. 

Budzi mnie ktoś, to Pani pielęgniarka, okazało się, że mogę już iść do domu, a minęły ponad 3 godziny. 

Po 3 tygodniach wynik histo pojedyncze komórki zmienione w szyjce. 

Gin mówi, żebym przyszła na wizytę to omówimy. 

Proponuje kontrolną cytologię, bo wg niego nawet jeżeli coś było, to on to usunął...

 4 marca 2018 roku



Moje 40 urodziny, dostałam wymarzony adapter i płytę Bon Jovi, radocha na maksa.

Jeszcze kwiaty i biżuterię i ogólnie udany dzień, wszyscy śpiewają : sto lat.

Wypijam łyk ulubionego szampana i jakoś tak mi dziwnie.

Piję herbatę, jest ok, biorę znów szampana i nie smakuje mi.

W końcu J pyta, dlaczego nie wypiłam, więc mówię mu: chyba jest zepsuty, jakiś taki kwaśny.

J próbuje i mówi, że dobry, taki jak zawsze.

W głowie zaczyna mi kołatać myśl, że może to pierwszy objaw?

Zaraz jednak przychodzą wątpliwości, bo przecież ostatnio staraliśmy się rok.

Urodziny są udane, ale zmęczona jestem.

Rano robię jednak test, bardzo blada druga kreska,taka, z których się śmieją na forum.

Jadę do pracy, ale kupuję kolejne testy.

6 ego, czyli w dzień spodziewanej @ robię test i 1 kreska...

Smutek mnie ogarnia, wieczorem znów wycina mnie zmęczenie.

Nadal nie mam okresu, więc robię kolejny test 2 kreski od razu się pojawiają.

Kolejne 2 testy też pokazują 2 kreski.

Jestem zachwycona i przerażona, oby tylko się nie skończyło, jak ostatnio.

Dzwonię do gina i umawiam się na 14ego na wizytę.

Nie wiem, jak J powiedzieć?  Jak On zareaguje?

W końcu 11ego mu mówię, żeby mnie następnego dnia zawiózł do diagnostyki na betę.

On w szoku i pyta czy robiłam test?

-tak, wykazał ciążę

-to zrób drugi dla pewności

-zrobiłam 5 i poza jednym wszystkie wskazują ciążę.

Przytula mnie i mówi : będzie dobrze.

Nie wiem, czy próbuje uspokoić mnie, czy siebie.

Jedziemy na betę, po kilku godzinach wynik ponad 800 



W pracy nie mogę się skupić, ciągle myślę o tym, że jak przyjdzie mi robić leki robione, to niektóre substancje nie są wskazane w ciąży, ale nic nie mówię.

Dwa dni później powtarzamy betę, tym razem wynik ponad dwukrotnie wyższy.



Jestem w szoku, w końcu jedziemy do gina, całą drogę martwię się, czy wszystko ok i obym nie usłyszała, że jest puste jajo...


piątek, 5 lutego 2021

Tydzień z figurami geometrycznymi





 W tym tygodniu w akcji #kreatywnemamywyzwanie były figury geometryczne, więc Matiemu przybliżałam temat, co to jest koło, kwadrat, prostokąt.

Na pierwszą zabawę wybraliśmy koło.

Przygotowałam mu duże i małe nakrętki w 4 kolorach i przy okazji liczyliśmy i sortowaliśmy wg wielkości i kolorów. 






Następnego dnia robiliśmy kwadraty i koła z ciasta francuskiego, w środku był dżem i zapiekaliśmy pyszne drożdzóweczki.

Nie zrobiłam zdjęcia, bo za szybko zniknęły hihi.




Następnego dnia wycięłam z ziemniaków kształty figur i Mati robił pieczątki farbkami.



Na koniec tygodnia z figurami z kartonu zrobiłam Matiemu koło i kwadrat i pokolorowałam sól, więc miał zabawę sensoryczną.

Oczywiście sól była wszędzie, ale zabawa mu się podobała.

Na koniec przesypywał sól z jednego do drugiego słoiczka i powstały kolorowe podstawki na t-lighty.

Jak się Wam podobają nasze zabawy? 

sobota, 30 stycznia 2021

Pierwszy Dzień Dziecka utraconego

 Wrzesień 2017

Wracam do dr M, który wreszcie może pobrać cytologię.

Rozmawiamy o kolejnej ciąży, mówi, że podejmie się prowadzenia, ale najpierw muszę być całkowicie zdrowa i przydałoby się poznać przyczynę krwotoków.

Po 2 tygodniach mam telefon, żeby jak najszybciej przyjechać.

Mam wynik niejednoznaczny, gin robi cytologię płynną, która podobno jest dokładniejszą metodą.

Mimo tego, że mam cierpliwie na spokojnie czekać na wynik lęk i stres biorą górę. 

W ostatni weekend mamy Warsztaty Gospel, tym razem spotkania jak i koncert finałowy odbywają się w kościele. 

3 dni odpoczynku od pracy, myślenia ciągle o wynikach, a przy tym spędzonych z całą moją trójką wspaniałych dzieci. 

Uczymy się pieśni religijnych po polsku i angielsku, modlimy się, wygłupiamy i na koniec Warsztatów, 3 dnia koncert po Mszy Świętej. 



Październik 

Hematolog mówi, że jest lekka poprawa, ale nadal leki muszę brać. Zmienia mi żelazo na takie w słoiczkach i czuję się jak Bella w ostatniej części Zmierzchu pijąca krew. 



15 października Dzień Dziecka Utraconego

Znalazłam w necie informację, że tego dnia w pobliskim Lublinie organizowana jest Msza dla rodzin dzieci utraconych.

Jedziemy, Kościół jest pełen ludzi, na początku Państwo, którzy organizują spotkania dla takich rodzin mówią , żeby wpisać imię Dziecka Utraconego i datę, kiedy narodziło się dla nieba.

Ksiądz jest bardzo empatyczny, nam wszystkim bardzo było potrzebne takie duchowe doznanie.

Po Mszy można kupić książki o tematyce straty, jest też organizowane spotkanie z innymi rodzicami, ale nie jesteśmy na to gotowi.

To takie nasze pożegnanie. Podczas kolejnej Mszy zbiorowej Ksiądz czyta : Michał syn Mai i Jacka...

Przynajmniej w ten sposób mogliśmy Go pożegnać.

Bardzo nam było ciężko, że nie mogliśmy Go pochować, zapalić mu lampki. 

Uczcić, że był choć tylko 49 dni. Można powiedzieć, że tylko 7 tygodni, a zdążyliśmy Go pokochać, snuć marzenia o wspólnej przyszłości i za nim zatęsknić. 

Sporo pisałam na forum o poronieniach. 

Napisałam wiersz dla maluszka :

Nosiłam Cię 49 dni 

Każdy z nich był wyjątkowy 

Mówiłam Ci co dzień, jak piękny świat jest

O tym, że liczy się każdy drobny gest

O ludziach, których spotykam 

O tym, jak gra muzyka 

Jak bardzo wszyscy Cię kochają 

Jak mocno na Ciebie czekają 

Tak bardzo bym chciała zobaczyć Cię 

Pocałować w nosek mówiąc :kocham Cię 

Zastanawiam się, jaki byś był 

Gdybyś z nami tutaj pozostał i żył 

Snułam z Tobą marzenia 

Zostały tylko wspomnienia 


Po tej Mszy zaczęło nam się żyć troszkę lżej. 

A dlaczego właśnie w styczniu zaczęłam o Nim pisać? 

Dlatego, że właśnie na 30 stycznia 2018 miałam termin. 

niedziela, 24 stycznia 2021

Życie po stracie

 

26. 06.2017 wracam do pracy, choć osłabiona i wypalona pojawiam się w pracy.

Kiedy podchodzę do współpracowników milkną rozmowy i nastaje krępująca cisza.

Czuję się jak przysłowiowe zgniłe jajo, jak robot przyjmuje towar, odbieram telefony, doradzam i niby wszystko ok.

I tylko łzy, które mi płyną, kiedy pojawiają się z świeżo urodzonymi dziećmi zdradzają mój stan.

Wtedy Kierowniczka mnie wygania na zaplecze, żebym się ogarnęła.

Z J nie rozmawiamy, ja bardzo bym chciała wyrzucić to wszystko z siebie, a On nie chce rozpamiętywać.

Mówi, że skoro lekarka powiedziała, że to puste jajo, nie było dziecka, to nad czym ja rozpaczam.

W domu snuję się jak cień, niby jestem obecna, dzieci coś do mnie mówią, ale niewiele dociera.

Idę do kontroli do tego niemiłego gina, bo zapisałam się pół roku wcześniej na wizytę nfz.

Mówi mi, że on mnie ostrzegał, że nie donoszę tej ciąży i każda następna skończy się tak samo.

Pytam, czy mimo wszystko jakby mi się udało zgodzi się prowadzić ciążę.

Odpowiedź brzmi :nie.

Szukam innego lekarza, na nfz zapisali mnie w mojej przychodni do jakiejś Pani, nawet szybko.

Wchodzę i szok, to ta Baba która wykonywała zabieg.

Wracają do mnie wspomnienia, chcę wyjść, duszno mi.

Osuwam się na krzesło i ciężko oddycham.

Baba się przejmuje i mierzy mi ciśnienie, daje mi wody.

Mówię jej, czy są jakieś przeciwskazania, żebyśmy się starali znów.

Mówi, że musimy odczekać 3 mce, bo inaczej znowu poronię.

Wychodzę załamana.

Mija 4 tygodnie od zabiegu, jadę do szpitala po wynik histo. 

Jakieś teksty po łacinie, z których niewiele rozumiem. 

Pojawia się ten młody lekarz, dr M i zaczyna mi tłumaczyć, że jednak było dzieciątko, tylko się przestało rozwijać i zostało wchłonięte. W badaniu wyszły szczątki płodu. W 98% przypadków puste jajo oznacza ciążę bezzarodkową, ale w moim przypadku zarodek był... 

J jest w szoku i dopiero teraz do niego w pełni dociera, że straciliśmy dziecko. 

Zaczyna pytać : dlaczego? Co było przyczyną? Czy można było temu zapobiec? 

Czy to dlatego, że jesteśmy przed 40 tką? 

Nie znam odpowiedzi na te pytania, przytłacza mnie to...


Próbujemy normalnie żyć, choć są chwile , kiedy całą naszą rodzinę przytłacza ta sytuacja.

W lipcu jedziemy do Częstochowy, to bardzo potrzebny nam czas.

Matka Boża przytula mnie do serca, ona wie, co ja czuję, rozumie.

Za kolejny tydzień jedziemy do Krakowa. 

Po raz pierwszy w życiu spacerujemy po urokliwych uliczkach, zwiedzamy Wawel i jedziemy do Łagiewnik.

Zarówno na Jasnej Górze, jak i w Łagiewnikach czuję się jak w domu i odzyskuję choć na chwilę spokój i równowagę.

To był potrzebny nam czas spędzony całą rodzinką.

Środek lipca, dostaję krwotoku, męczę się 2 dni, w końcu udaje mi się znaleźć namiar na tego młodego lekarza.

Jadę prywatnie, dr M zaprasza mnie na usg, czuję się skrępowana, ale szybko mnie uspokaja, że to Jego praca, a On musi sprawdzić, czy coś się dzieje, czy coś nie zostało itd.

Niby wszystko ok, ale sam widzi, że nie jest dobrze.

Daje mi 2 leki na zatamowanie krwawienia i mówi, że jeżeli mi nie przejdzie w ciągu 1-2 dni mam jechać do szpitala.

Na szczęście leki zaczynają działać.

Robię też badania, które mi zlecił i zapisuję się na kolejną wizytę.

Nie podobają mu się moje wyniki, daje mi skierowanie do Hematologa w Centrum Onkologii Ziemii Lubelskiej.

Czekam na termin w sierpniu i znowu dostaje krwotoku, tym razem od razu biorę leki od gina i szybciej wracam do normy.

Niestety moje wyniki nie są brane pod uwagę Profesor zleca mi badania, abym u nich zrobiła.

Czekamy na wyniki,na korytarzu widzę ludzi po chemii, cierpiących, wychudzonych, bez włosów.

Po 2 godzinach mnie wołają, Profesor zleca mi mnóstwo leków, kontrola za miesiąc. Jeżeli nie będzie poprawy mam się nastawić na transfuzję krwi.

Pyta mnie, czy w rodzinie były przypadki białaczki?

Zanim się zastanowię, odpowiadam, że dziadek zmarł na białaczkę. 

Nie stawia diagnozy, a pomimo to całą powrotną drogę analizuję i zaczynam się stresować...


piątek, 22 stycznia 2021

Strata dziecka

 

Wołają ordynatora, bo on musi te tabletki założyć.

Boli jak nie wiem, a On komentuje: ale to śmieszne?

-Co jest takie śmieszne pytam?

-ma Pani tyłozgięcie, jak trzeba będzie robić zabieg to będzie śmiesznie.

Myślę sobie... 

No mnie do śmiechu nie jest, chcę Wyć...

Wracam do łóżka i zwijam się z bólu.

Wytrzymuję 3 godziny i idę do punktu, żeby mi dały coś p/bólowego.

Znów wołają tego lekarza, który rzuca tylko nazwę i mówi : wytnie ją z butów i pójdzie spać.

Pielęgniarka mówi, żebym poszła do łazienki, bo po tym leku będę miała zawroty głowy i nie dam rady wstać.

Daje mi zastrzyk i za chwilę mi świat wiruje.

Coraz bardziej i bardziej, zaczyna mi się robić niedobrze, zastanawiam się, czy dam radę wstać po nerkę...

Budzę się rano, sobota 17 czerwca

Z rana wołają mnie na usg, jakiś młody człowiek robi usg i mówi : szkoda, że wcześniej nie dostała Pani leków, może by się udało.

Łzy płyną mi same...

Pani Maju jest puste jajo płodowe, czasem jest to błąd genetyczny i we wczesnym etapie dochodzi do poronienia. 

Niestety nie oczyściła się Pani macica, musimy zrobić zabieg, aby zapobiec zakażeniu organizmu. 

Czy Pani się zgadza? 

Chyba nie mam wyjścia. 

Mówią mi, żebym nic nie jadła i nie piła. 

Biję się z myślami, czy robię dobrze? , mam wyrzuty sumienia, że coś zrobiłam nie tak. 

Nagle w drzwiach sali staje Ksiądz i pyta, czy ktoś chce przyjąć Eucharystię. 

Ja chcę, jak się okazuje później Ksiądz nie chodzi tego dnia do pacjentów, ale do mnie przyszedł... 

Dają mi "głupiego Jasia" i proszą bym się przebrała w ich szpitalną koszulę. 

Wiozą mnie pod salę, ta wredna baba, co mnie przyjmowała ma robić zabieg. 

Kłócimy się, żeby wydała mi dziecko. 

Ona, że to nie dziecko tylko zlepek komórek i musi wysłać na badania histo. 

W końcu odpuszczam, usypiają mnie. 

Za chwilę budzą mnie, karzą przejść na drugie łóżko. 

Wiozą na salę, przychodzi J, nie umiem spojrzeć mu w oczy. 

Zawiodłam jako kobieta, matka, żona, jestem do d... 

Płaczę, a on głaszcze mnie po głowie.

Wtedy wchodzi Pani i podłącza ktg 2 Paniom w ciąży. 

Ryczę, aż nie mogę złapać tchu. 

Ze zmęczenia zasypiam....


budzę się i nie dociera do mnie,co się stało? Czuję pustkę. 

Panie chcą ze mną rozmawiać, ale ja nie chce. 

Kierowniczka napisała z 5 smsów, bo napisałam jej tylko, że jestem w szpitalu. 

Piszę jej, że poroniłam i za chwilę dostaje odpowiedź : mam nadzieję, że wróci Pani niedługo do pracy. 

Nie mam siły, wyłączam telefon i idę spać. 

W nocy przywożą kobietę, jak się okazuje 2 tygodnie po porodzie ma krwawienie. 

Dali jej leki i musi leżeć, w pewnym momencie słyszę jak odciąga mleko, laktator pracuje równomiernie. 

Idę do łazienki, wraca ból brzucha, więc idę po jakiegoś procha, żeby zasnąć.

6 rano kobieta znów odciąga mleko, budzi nas wszystkie i przeprasza.

Wstaję, nie mogę sobie znaleźć miejsca.

Chcę stąd wyjść, mam dość.

Kiedy wracam na salę Pani od laktatora prosi mnie, abym jej pomogła.

Robię to jak na autopilocie.

Przychodzi lekarz dyżurny, bo to niedziela i pyta, co i jak?

Zleca Paniom ktg, wtedy nie wytrzymuję i dosłownie krzyczę, że chcę stąd wyjść!

Lekarz się zgadza, dzwonię po J, pakuję się i czekam.

J bierze torbę, nie mówi nic, przytula mnie i wychodzimy.

W drzwiach spotykamy tego młodego lekarza, co mi robił usg przed zabiegiem.

Pyta : jak się Pani czuję?

Zdziwiona odpowiadam, że boli brzuch.

Na co on: ale psychicznie jak się Pani czuje?

Współczuję, bo napewno jest Pani ciężko.

Proszę nie tracić nadziei i odpoczywać.

Wtedy postanawiam poszukać, gdzie ten lekarz przyjmuje?

Wsiadamy do auta i jedziemy w ciszy, słońce świeci.

Zastanawiam się, jak to jest, że słońce nadal świeci, a mi właśnie wyrwano fragment serca? 

Jak mam dalej żyć? Czy kiedyś przestanę czuć ten ból?


czwartek, 21 stycznia 2021

Trudne chwile


 12.06.2017
W Diagnostyce robię Betę, już po kilku godzinach wynik.
Beta 10800, nie wiem, czy to dobry przyrost?
Ból brzucha i plamienia nadal.
15.06.2017
Boże Ciało
Jedziemy do Grodzisk Żmijowiska, ja bardzo lubię takie naturalne "muzea" dawne grody, wczesne średniowiecze i te sprawy.
Wieczorem dostaje krwotoku, jedziemy do szpitala.
Ze względu na remont 3 oddziały w 1 miejscu są, ale w oddzielnym skrzydle szpitala jest izba przyjęć.
Pielęgniarka karze mi usiąść i zaczekać, a J idzie na Izbę po karteczkę, bo bez niej mnie nie przyjmą.
Zjawia się J i czekamy na lekarza, w końcu Pani doktor mnie woła na usg.
Robi badanie i mówi : nic tutaj nie widzę. 
Czy Pani na pewno jest w ciąży?
Pokazuję jej wyniki bety, na co ona mówi : niech Pani przyjedzie rano, zrobimy nasze badania, usg jeszcze, bo w nocy i tak nic nie zrobimy, a leżeć to może Pani w domu.
Proszę jakiś magnez wziąć i nospe i się wyspać.
Oczywiście całą noc nie śpię, leżę i się stresuję.
Rano zanim pojedziemy do szpitala robię kolejną betę.
Przyjmują mnie do szpitala i każą leżeć i się oszczędzać.
Jest 1 Pani w 5 mcu ciąży na potrzymaniu, leży, bo miała szew na szyjce.
Jedna czeka na wyniki wycinku, a kolejna wychodzi po 12ej.
Jak się okazuje poroniła, Panie mi opowiadają.
Robią mi kolejne badania, przychodzi J a ja płaczę, bo nie wiem, czy w końcu jestem w ciąży, czy nie jestem.
Podczas wieczornego obchodu ordynator mówi do mnie : tabletki chce Pani teraz, czy jutro?
Niech Pani da znać, jaka decyzja?
Nie rozumiem, co on do mnie mówi?
Idę do pielęgniarek, Pani mi mówi, że bardzo jej przykro, ale Beta nie rośnie. Ciąża się nie rozwija, to tabletki, aby organizm się oczyścił...
Wracam na łóżko na miękkich nogach i ryczę w poduszkę.
Panie są bardzo wyrozumiałe i rozmawiamy, sama nie wiem, co zrobić.
Przywożą ciężarną w 7 mcu z kolką nerkową, kroplówki ktg i chcąc nie chcąc słucham bicia serca innego dziecka w brzuchu... 
Jednak decyduje się na noc, żeby działać, bo może samo się oczyści.

Dzień otwarty w szkole podstawowej

 Wczoraj byliśmy na dniu otwartym w szkole podstawowej,w której Mati chciałby się uczyć. Przywitała nas wesoła kadra i słynna sówka, Mati do...